mama z synkiem na wiosennym spacerze
Milenialsi to pierwsze pokolenie, które stawia relacje wyżej niż czysty dom na święta. fot. Atlantic Ambience/Pexels

Przedświąteczny czas kiedyś kojarzył mi się z gonitwą, hałasem odkurzacza i stertami prasowania. Dziś patrzę na Wielkanoc zupełnie inaczej – to dla mnie chwile, które mogę spędzić z synami, a nie z mopem w ręku. Malowanie pisanek, krzywy mazurek, rowerowe przejażdżki – w tym jest prawdziwa magia świąt.

REKLAMA

Przedświąteczny maraton sprzątania: zna to każdy milenials

Wielkanocne porządki w domu z dzieciństwa — soboty bez dyskusji

Wychowałam się w domu, w którym święta zaczynały się… na długo przed świętami. Nie wiem, czy u was też, ale z opowieści wielu milenialsów wyziera ten sam obraz. Każda sobota oznaczała jedno: sprzątanie. Generalne, obowiązkowe, bez dyskusji, bo po całym tygodniu w domu jest bałagan. A przed Wielkanocą to już był prawdziwy maraton.

Mycie okien – nawet jeśli za chwilę miało padać. Odsuwanie łóżek, wynoszenie wszystkiego z kątów, trzepanie dywanów. Niby sobie żartowaliśmy o wiosennych porządkach, ale to wcale nie było moje marzenie, żeby tak spędzać ciepłe wiosenne weekendy. Do tego prasowanie obrusów i sterty ubrań, jakby od tego zależał los świata.

Pamiętam zmęczoną mamę, która z jednej strony chciała, żeby było pięknie i jak należy, a z drugiej – była tak zmęczona, że na samo świętowanie brakowało jej sił.

Dziś sama jestem mamą dwóch chłopców. I wiecie co? Robię dokładnie odwrotnie.

Nie myję okien na święta. Serio. Światło wpada tak samo, nawet przez lekko zakurzoną szybę. Umyję je może w jakiś weekend, jak już będzie na tyle ciepło, że nie będzie mi wiało zimnem do domu i wtedy, gdy będę na to miała czas. Nie odsuwam łóżek w Wielkim Tygodniu, nie szoruję podłóg do perfekcji i nie stoję godzinami przy garach, żeby zastawić stół jak z katalogu, bo „co powie teściowa".

Wielkanoc z synami — czas na relację zamiast ścierki

Pisanki, mazurek i kościół z koszyczkiem

Zamiast tego w Wielkanoc najważniejsze jest dla mnie coś zupełnie innego.

Chcę usiąść z synami przy stole i razem zajmować się malowaniem pisanek wielkanocnych, nawet jeśli farba wyląduje wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. Chcę razem z nimi upiec mazurka – krzywego, nierównego, ale naszego. Chcę iść z nimi do kościoła z koszyczkiem, trzymając ich za ręce i patrząc, jak przeżywają te ważne momenty.

A w Wielką Sobotę po południu? Zamiast w panice kończyć gotowanie i biegać ze ścierką – wolę iść z nimi na rower albo na plac zabaw. Bo to są chwile, których nie da się odłożyć „na później". To jest świadomy wybór.

Przerywanie łańcucha zmęczenia

Mam wrażenie, że nasze pokolenie naprawdę zaczyna przerywać pewien łańcuch. Łańcuch zmęczenia, presji i powielanych przez lata zwyczajów, które często bardziej nas wykańczały, niż dawały radość. To nie przypadek — jak pisała jedna z psychoterapeutek w wywiadzie o tym, jak trauma transgeneracyjna wędruje przez pokolenia: jeśli jedno z nich czegoś nie przepracuje, niekorzystne wzorce mają tendencję do przekazywania się dalej. Robimy krok w tył i zadajemy sobie pytanie: po co?

Czy naprawdę ktoś będzie szczęśliwszy, jeśli okna będą lśnić, a my padniemy na twarz jeszcze przed śniadaniem wielkanocnym?

Fajną mamą, nie perfekcyjną panią domu

Wolę być fajną mamą niż perfekcyjną panią domu. Wolę mieć trochę kurzu na półce niż frustrację i brak cierpliwości do własnych dzieci. To coś, co dostrzega nowy trend wśród milenialsów — chcemy być bliżej swoich dzieci i zmniejszać dystans, który dawniej był między rodzicem a dzieckiem normą.

Kiedyś usłyszałam zdanie, które zostało ze mną na długo: rodzice mają tak naprawdę tylko pierwsze 12 lat życia dziecka na to, żeby spędzić z nim jak najwięcej czasu. Potem świat zaczyna wygrywać – koledzy, szkoła, własne sprawy. Każdy kolejny rok to trochę mniej próśb o „Mamo, pobaw się ze mną".

Wspólny czas, który zostaje w pamięci na lata

Nie wiem, ile dokładnie mamy tych wspólnych lat. Nikt z nas nie wie, choć ta granica 12 lat wydaje mi się realna. Tym bardziej nie chcę ich oddawać na mycie podłóg i gonienie za idealnym obrazkiem świąt. Badania i obserwacje potwierdzają zresztą, że dobre relacje z dziećmi gdy dorosną buduje się właśnie w drobnych, powtarzalnych momentach — nie w wysprzątanym domu, ale w obecności.

Bo może prawdziwe święta wcale nie są wtedy, gdy wszystko błyszczy. Milenialsi jako pierwsi masowo stawiają na reparenting — rodzicielstwo, które leczy stare schematy zamiast je powielać. Dla mnie są wtedy, gdy siedzimy razem przy stole, śmiejemy się, coś nam nie wychodzi, coś się przypala... ale jesteśmy razem. I mamy na to siłę.