Na zdjęciu chłopiec
Nie jest tajemnicą, że wielu nauczycieli ma swoich "ulubieńców" unsplash.com

"Nauczycielka uwzięła się na mojego syna" – napisała zdesperowana mama na forum. Zamiast wsparcia usłyszała coś zupełnie innego. Rodzice pokazali, że takie sytuacje rzadko są jednoznaczne.

REKLAMA

Każdy z nas pamięta z czasów szkoły taką osobę. Ucznia, który był „ulubieńcem" nauczyciela. Częściej pytany, częściej oceniany — prawie codziennie stawiany pod tablicą. Właśnie o takiej sprawie napisała na forum mama, szukając wsparcia i porady u innych rodziców. I zamiast pocieszenia — wylała się na nią fala krytyki i ocen.

„Nauczycielka uwzięła się na mojego syna" — mama szuka pomocy

„Mam wrażenie, że nauczycielka od polskiego w klasie mojego syna uwzięła się na niego. Pyta go prawie na każdej lekcji, jest niemiła i uważam, że zbyt surowo go ocenia. Co byście zrobiły na moim miejscu?" — napisała kobieta.

Zamiast potwierdzenia swoich obaw, trafiła na głosy, które tylko zaostrzyły emocje.

„Może to nie jest takie oczywiste?"

Rodzice zwracali uwagę, że takie sytuacje rzadko są jednoznaczne. Radzili, że zanim uznamy, iż problem leży po stronie nauczyciela, warto przyjrzeć się temu, co dzieje się na lekcji.

Jedna z mam napisała wprost, że częste odpytywanie może być próbą zmotywowania dziecka do pracy. Inna sugerowała, żeby najpierw sprawdzić, czy syn rzeczywiście jest przygotowany, czy może ma trudności, które nauczyciel próbuje w ten sposób wyłapać.

Pojawiła się też bardzo konkretna rada — najpierw rozmowa z dzieckiem, potem z nauczycielem, dopiero później dalsze kroki.

Perspektywa dziecka bywa niepełna

Jedna z mam przyznała, że jej syn również twierdził, że jest niesprawiedliwie traktowany przez nauczycielkę. Dopiero rozmowy z innymi rodzicami pokazały, że podobne odczucia mają też inne dzieci.

Warto pamiętać, że dzieci opowiadają rzeczywistość ze swojej perspektywy — nie zawsze pełnej. Nie chodzi o to, że kłamią. Raczej o to, że widzą tylko fragment sytuacji. Jak zauważają sami nauczyciele mają coraz trudniej z rodzicami uczniów — i odwrotnie: obie strony często operują na zupełnie różnych wersjach tej samej historii.

„Rozmawiajcie z nauczycielami"

W dyskusji pojawił się też głos nauczycielki, który wielu rodziców może zatrzymać na chwilę: „Błagam, rozmawiajcie z nauczycielami. Nie wierzcie we wszystko, co mówią dzieci. One często opowiadają tylko to, co działa na ich korzyść. Nie mówię, że kłamią, ale potrafią naciągnąć rzeczywistość".

To nie odosobniony pogląd. Jak opisuje nauczycielka po 20 latach pracy, wystarczy jedna rozmowa z rodzicem, by po latach pracy poczuć, że grunt usuwa się spod nóg — zwłaszcza gdy rodzic bezrefleksyjnie wierzy relacji dziecka i od razu przechodzi do oskarżeń.

Prawda jest taka, że dopóki opieramy się tylko na relacji dziecka, łatwo o błędne wnioski.

Kiedy warto zaczerpnąć opinii innych rodziców?

Zanim wyciągniemy pochopne wnioski, warto porozmawiać z innymi rodzicami z klasy — najlepiej poza oficjalnym kanałem. Badacze relacji szkolnych zauważają jednak, że klasowe grupy rodziców potrafią być areną eskalacji emocji zamiast spokojnej wymiany obserwacji, dlatego warto szukać bezpośrednich, indywidualnych rozmów — a nie zbiorowych verdyktów na czacie.

Ale są też historie, które potwierdzają, że taka sytuacja może mieć miejsce

Nie wszyscy jednak podważali słowa mamy. Część osób podzieliła się własnymi doświadczeniami, które pokazały, że takie sytuacje naprawdę się zdarzają.

Jedna z kobiet opisała nauczycielkę, która po rozwodzie zaczęła traktować chłopców w klasie zdecydowanie surowiej. Częste odpytywanie, szybkie jedynki, wywoływanie do odpowiedzi w trudnych momentach. Sytuacja trwała, aż w końcu rodzice zareagowali i zgłosili sprawę do dyrekcji. Nauczycielka poszła na urlop dla podratowania zdrowia.

Inna mama wspomniała swoją historię ze szkoły: „Nieważne, co robiłam, zawsze było źle. Przestałam chodzić na lekcje. Dopiero wicedyrektorka zauważyła problem i zareagowała". Postawa nauczyciela na zawsze zraziła ją do matematyki.

To tylko potwierdza to, o czym wielu rodziców mówiło w tej dyskusji. Sytuacja nie zawsze jest zero-jedynkowa — takie przypadki naprawdę istnieją. Z drugiej strony zjawisko opisane jako „rodzice myślą że szkoła to stacja benzynowa" pokazuje, że część rodziców podchodzi do nauczycieli z góry z pozycji roszczeniowej — co utrudnia obiektywną ocenę sytuacji.

Co w takiej sytuacji zrobić?

Z komentarzy rodziców można łatwo wyciągnąć schemat działania w podobnej sytuacji.

Najpierw rozmowa — z dzieckiem, ale też z jego kolegami i innymi rodzicami. Próba sprawdzenia, czy sytuacja wygląda podobnie z różnych perspektyw.

Potem kontakt z wychowawcą albo bezpośrednio z nauczycielem. Bez oskarżeń, raczej z intencją: „Chciałabym zrozumieć, co się dzieje". Jedna z mam podpowiadała nawet, jak zacząć taką rozmowę: „Mój syn ma lęki przed lekcjami polskiego. Chciałabym mu pomóc. Czy zauważyła pani coś niepokojącego?" — to zupełnie inny punkt zaczepienia niż zaczynanie od zarzutu.

Dopiero na końcu — jeśli problem faktycznie się potwierdzi — kolejne kroki, już bardziej formalne.

Dlaczego rodzice nie wierzą nam tylko dzieciom — i jak to zmienić?

Jak zauważają nauczyciele, wielu rodziców dziś bezkrytycznie przyjmuje wersję dziecka, nie starając się poznać opinii drugiej strony. W dobie komunikatorów jeden wyjęty z kontekstu screen potrafi stać się „dowodem" w sprawie. Tymczasem zaufanie — wzajemne i budowane powoli — jest jedynym fundamentem, na którym da się rozwiązywać szkolne konflikty.

Rzadko kiedy takie sytuacje są czarno-białe

Najtrudniejsze w takich sytuacjach jest to, że często nie są one jednoznaczne. Czasem dziecko rzeczywiście czuje się niesprawiedliwie traktowane i ma rację. Bywają też jednak przypadki, kiedy nauczyciel próbuje je po prostu na swój sposób zmotywować do nauki. Czasem problem leży gdzieś pomiędzy. I dlatego tak ważna jest rozmowa, która pomogła już rozwiązać tak wiele konfliktów.