rodzice z dziećmi przy kuchennym blacie
Odpuszczam spotkania z cała rodziną, jeśli są poza moją strefą komfortu. fot. Vlada Karpovich/Pexels

Święta nie muszą oznaczać maratonu rodzinnych wizyt i zmęczenia zamiast odpoczynku. W kolejnym odcinku cyklu "Mamo, odpuść sobie" opowiadam, dlaczego przestałam spotykać się z wszystkimi z poczucia obowiązku. Wybrałam spokój, najbliższą rodzinę i święta na własnych zasadach.

REKLAMA

To szósty odcinek naszego cyklu "Mamo odpuść". Będziemy w nim opisywać, co warto zostawić za sobą, żeby odetchnąć i poczuć spokój w codziennym rodzicielstwie – od odpuszczenia porównań z innymi mamami po pozwolenie sobie na małe niedoskonałości. Bo bycie mamą nie oznacza bycia idealną, a dbanie o siebie to nie luksus, tylko fundament zdrowia psychicznego.

Kiedyś gnałam z jednego spotkania rodzinnego na drugie

Zbliżają się święta, a wraz z nimi lista spotkań, które trzeba zaliczyć. Jeszcze obiad u jednych rodziców, kawa u drugich dziadków, szybka wizyta u kolejnych bliskich. Kiedyś brałam to wszystko na siebie i próbowałam być wszędzie, żeby nikogo nie zawieść, bo przecież "święta trzeba spędzać w rodzinnym gronie". Dziś już wiem, że nie o to chodzi.

Odkąd jestem mamą, inaczej rozumiem słowo "rodzina".

Na początku próbowałam pogodzić wszystko. Tak jak w innych obszarach macierzyństwa, wierzyłam, że dobra organizacja wystarczy. Pakowałam dzieci, przygotowywałam torby, planowałam drzemki i karmienie niemowlaków i jechaliśmy od jednego stołu do drugiego. Wracaliśmy zmęczeni, dzieci były rozdrażnione, a ja czułam narastającą frustrację. Długo nie potrafiłam nazwać, skąd ona się bierze.

Dziś wiem, że problemem nie były same spotkania, tylko to, że brałam w nich udział z poczucia obowiązku. Że zamiast w święta odpocząć i wyluzować, ja się szykowałam od rana, robiłam makijaż i dobierałam sukienkę, żeby cały dzień spędzić w aucie albo przy stole z jakąś częścią rodziny. Jak słusznie przypominają psycholodzy, święta to nie projekt do zrealizowania — i rodzice mają pełne prawo powiedzieć "dość".

Komentarze przy stole, czyli kto wie lepiej

Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że takie wizyty są trudne. To komentarze i uwagi, które pojawiają się niemal przy każdej okazji. W rodzinie zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, jak wychowywać dzieci. Jedni uważają, że jestem zbyt pobłażliwa, inni że zbyt surowa. Jedni chcieliby pozwalać na wszystko, inni narzucają swoje zasady. Do tego dochodzą oczekiwania wobec dzieci, które według dorosłych powinny siedzieć spokojnie przy stole i zachowywać się "grzecznie". Znam to uczucie dobrze — wiem też, co najbardziej drażni inteligentnych rodziców, gdy otoczenie wtrąca się w ich decyzje wychowawcze.

Tymczasem dzieci są dziećmi. Potrzebują ruchu, przestrzeni i swobody – szczególnie moi synowie, którzy nigdy nie należeli do flegmatyków układających pół dnia puzzle czy klocki w jednej pozycji. Chłopaki nie mają potrzeby spędzania wielu godzin przy stole, słuchając rozmów dorosłych i ja to totalnie rozumiem.

Dziś odpuszczam na rzecz swojego spokoju

Przez długi czas próbowałam to wszystko godzić. Tłumaczyłam, łagodziłam sytuacje, dostosowywałam się. Z czasem jednak zauważyłam, że kosztuje mnie to zbyt dużo energii. Badania potwierdzają, że wyczerpanie emocjonalne objawia się właśnie tak — zamiast odpocząć przez 2-3 dni świąt (zarówno Bożego Narodzenia jak i Wielkanocy), wracałam z takich spotkań jeszcze bardziej zmęczona niż przed nimi.

W którymś momencie przypomniałam sobie wnioski z poprzednich felietonów z tego cyklu. Skoro mogłam odpuścić porównywanie się do innych matek i ograniczyć relacje, które przestały mi służyć, mogę też przyjrzeć się temu, jak spędzam czas z rodziną. Zaczęłam mądrzej wybierać i robić selekcję spotkań, rezygnując od toksycznej rodziny w święta na rzecz swojego zdrowia psychicznego.

Nie rezygnuję ze wszystkiego i nie zamykam się z mężem i dziećmi w domu niczym dzikus. Ale nie jeżdżę już na każde spotkanie, zmieniając tylko rodzinne stoły. Czasami wybieramy jedno, krótsze, czasami zostajemy w domu. I to właśnie te spokojne dni zaczęły dawać mi najwięcej spełnienia rodzinnego.

Święta tylko z najbliższą rodziną — i nic nam nie brakuje

Dziś coraz częściej spędzamy święta tylko z najbliższą rodziną, czyli ja, mój mąż i dzieci. Bez pośpiechu, bez napięcia, bez konieczności dostosowywania się do oczekiwań innych. Śniadanie w Boże Narodzenie czy Wielkanoc jemy na luzie w piżamach przy zwyczajnym stole, a nie w jakiejś niezdrowej podniosłej atmosferze. Mamy czas, żeby pobyć razem, obejrzeć film, wyjść na spacer. Dzieci mogą się ruszać, bawić, być sobą i nie słyszą, żeby przestały skakać i siadły jak ludzie przy stole.

Zrozumiałam, że to jest moja najbliższa rodzina i to z nią chcę budować wspomnienia.

Granice wobec reszty rodziny — nie egoizm, lecz dbałość o siebie

Nie oznacza to, że przestałam dbać o relacje z resztą rodziny. Nie wyobrażam sobie nie zobaczyć się w święta z rodzicami czy rodzeństwem. Po prostu przestałam robić to kosztem siebie. Nie czuję już potrzeby uczestniczenia w każdym spotkaniu tylko dlatego, że tak wypada.

Dziś wiem, że bycie dobrą córką, wnuczką czy synową nie polega na ciągłym byciu do dyspozycji. Polega też na stawianiu granic i dbaniu o własny spokój.

Mamo, odpuść sobie spotkania rodzinne (nie tylko z okazji świąt), które odbierają ci energię. Masz prawo wybierać to, co jest dobre dla ciebie i twojej najbliższej rodziny. Twoje dzieci nie potrzebują idealnie zorganizowanych świąt. Potrzebują spokojnej mamy, która ma siłę być z nimi naprawdę.