nauczyciel prowadzi lekcję w klasie
Nauczyciele w pracy z "trudną" klasą często mają większą satysfakcję. fot. Vitaly Gariev/Unsplash

"Najgorsza klasa" w szkole często brzmi jak wyrok – dla uczniów i dla nauczyciela, który ich uczy. Tymczasem, jak pokazuje doświadczenie anglisty Pawła Grabiasa, praca z trudną klasą może stać się największą zawodową satysfakcją. Czasem wystarczy zmiana podejścia, by uczniowie przestali wierzyć w przypiętą im etykietę.

REKLAMA

"Najgorsza klasa" to nie zawsze wyzwanie dla nauczyciela

Praca nauczyciela w szkole to jedna z najtrudniejszych i najbardziej niedocenianych profesji. Pedagodzy często mierzą się z krytyką społeczną – zarzuca im się roszczeniowe podejście (m.in. w kontekście walki o wyższe pensje) oraz nadmierną liczbę dni wolnych od pracy.

Tymczasem ich codzienność nie należy do najłatwiejszych. To nie tylko hałas na korytarzach, ogromna odpowiedzialność społeczna czy sterty dokumentacji wypełnianej po godzinach. To także praca z dziećmi i młodzieżą, które nie zawsze mają gotowość, by słuchać i współpracować.

O tym, że szkolna rzeczywistość nie składa się wyłącznie z trudnych doświadczeń, ciekawie opowiedział Paweł Grabias, nauczyciel języka angielskiego oraz twórca cyfrowy, który w mediach społecznościowych publikuje na koncie @rockyourenglish.

W jednym z ostatnich wpisów anglista wyjaśnił, dlaczego praca z "najtrudniejszymi klasami" wcale nie musi być dla pedagoga karą.

"Lubiłem zmieniać pracę. A najbardziej lubiłem zaczynać w nowej szkole. Wiecie dlaczego? Bo prawie zawsze dostawałem 'te najgorsze klasy'. Jest taki niepisany rytuał w wielu szkołach: przychodzi nowy nauczyciel – to dajmy mu te trudne grupy. Te 'z problemami'. Te, o których w pokoju nauczycielskim mówi się półgłosem. 'Zobaczymy, jak sobie poradzi'.
A ja to uwielbiałem. Pierwsza lekcja wyglądała prawie zawsze tak samo. Wchodzę. Siadam. Zaczynamy rozmawiać. Bez wielkich deklaracji. Bez straszenia. Bez udowadniania czegokolwiek. I prędzej czy później ktoś mówił: 'Proszę pana, my jesteśmy najgorszą klasą'. 'Wszyscy tak mówią'. 'Z nami się nie da'".

W dalszej części wpisu opowiada o tym, jak wiele satysfakcji dawało mu dmuchanie uczniom w skrzydła – tym, którzy sami zaczęli wierzyć, że są "najgorszą klasą". Opisał dumę, jaką odczuwał, gdy udawało mu się do nich dotrzeć i czegoś ich nauczyć. Nagle okazywało się, że problem nie tkwi w uczniach, lecz w etykietach i uprzedzeniach dorosłych.

Czasami wystarczy tylko uwierzyć w siły uczniów

"Bo wtedy wystarczyło powiedzieć jedno zdanie: 'To teraz wspólnie wszystkim pokażemy, że się da'. Bez ironii. Bez sarkazmu. Na serio. I nagle coś się zmieniało. Bo ta 'najgorsza klasa' to nigdy nie byli źli uczniowie. To byli uczniowie, którzy już uwierzyli, że są źli. A jak człowiek w coś uwierzy, to zaczyna się tak zachowywać.
Tymczasem wystarczyło minimum uwagi, jasne zasady, odrobina humoru i poczucie, że gramy w jednej drużynie. I nagle okazywało się, że problemem nie była klasa. Problemem była etykieta. I może to jest największy błąd szkoły: za szybko przyklejamy łatki, a za rzadko dajemy drugą szansę. Bo dzieci naprawdę potrafią stać się 'najgorsze' – szczególnie wtedy, gdy dorośli już dawno postanowili, że takie są.
A czasem wystarczy jeden nauczyciel, który powie: 'Nie. Ja w to nie wierzę'. Iwtedy zaczyna się prawdziwa lekcja" – przyznaje na koniec wpisu Grabias.

Z perspektywy osoby, która nie pracuje w szkole, przydzielenie trudnej klasy może wyglądać jak forma kary. Czasem jest to po prostu decyzja dyrekcji, wynikająca z braków kadrowych i konieczności organizacyjnych. Jednak w tej historii jest coś więcej – przypomina ona fabułę filmu, w którym młody, zaangażowany nauczyciel wierzy w uczniów skreślonych już przez innych.

Bardzo często brak chęci do współpracy, słabe oceny czy nieodpowiednie zachowanie są po prostu wołaniem o uwagę i o wiarę ze strony dorosłych. Uczniowie, którzy słyszą, że "z nimi się nie da", zaczynają tę narrację powtarzać. A przecież szkoła powinna być miejscem, w którym młody człowiek dostaje nie tylko wiedzę, ale też szansę na zmianę swojego zachowania.

Być może właśnie dlatego historie takie jak ta pokazują, że największym narzędziem nauczyciela nie jest podręcznik ani system oceniania, lecz relacja. Czasem wystarczy jeden dorosły, który spojrzy na klasę bez uprzedzeń i zamiast powielać opinię z pokoju nauczycielskiego, spróbuje inaczej spojrzeć na swoich uczniów. I to często wystarcza, by "najgorsza klasa" stała się po prostu klasą, która wreszcie ktoś potraktował poważnie.