
Uczniowie masowo nagrywają nauczycieli na TikTok i publikują lekcje w sieci. Często robią to bez zgody pedagogów, w prześmiewczym tonie, narażając ich na hejt. Sprawdzamy, czy takie nagrania są legalne i jakie prawa przysługują nauczycielom.
Nastolatki nagrywają nauczycieli na TikToka
TikTok jest dziś dla młodych tym, czym kiedyś był Facebook dla ich rodziców. To tam publikują i komentują krótkie filmiki. Coraz popularniejszy staje się jednak trend nagrywania nauczycieli podczas lekcji i udostępniania tych materiałów w sieci – często w prześmiewczym tonie, bez wiedzy pedagogów.
Takich nagrań są już tysiące. Uczniowie opatrują je żartobliwymi podpisami, nie zawsze zdając sobie sprawę, że mogą naruszać prawo. Lekcja jest bowiem traktowana jako twórczość nauczyciela i podlega ochronie. Zgodnie z art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego oraz art. 81 ustawy o prawie autorskim publikacja wizerunku i nagrania wymaga zgody osoby nagrywanej.
W rozmowie z "Wielkopolskim Portalem Edukacyjnym" przepis ten skomentował radca prawny Sebastian Paczos: "Zgodnie z art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego, każdy ma prawo do ochrony dóbr osobistych, takich jak wizerunek, godność, prywatność. Dlatego należy uznać za niedopuszczalne rozpowszechnianie tak zdobytego nagrania bez wymaganego zezwolenia. Dodatkowo wchodzą w grę przepisy ustawy – Prawo autorskie i prawa pokrewne, która w art. 81 wprost stawiają wymóg otrzymania zgody na rozpowszechnianie wizerunku osoby na nim przedstawionej".
Nagrywanie to naruszenie praw autorskich i statutu
Wszystko, co nauczyciel mówi podczas lekcji – także autorskie materiały dydaktyczne – podlega ochronie prawa autorskiego. Publikacja takich treści może naruszać również przepisy o ochronie danych osobowych. W wielu szkołach samo nagrywanie jest zabronione w statutach, najczęściej w ramach zakazu używania telefonów na lekcjach.
Prawo nie zakazuje jednak wprost nagrania w każdej sytuacji, np. do celów prywatnych czy jako dowodu w sprawie. Choć nauczyciele mogą dochodzić swoich praw na podstawie Kodeksu cywilnego i przepisów szkolnych, część prawników studzi emocje. Tomasz Scheffler, dziekan OIRP we Wrocławiu, ocenia, że to raczej chwilowa moda, a surowe kary nie zawsze przynoszą efekt.
Tyle że "przeczekanie" oznacza w praktyce pozostawienie nauczycieli samych z problemem. Brakuje jasnych i skutecznych mechanizmów wsparcia dla pedagogów, którzy stają się obiektem internetowego hejtu.
Zobacz także
Związki wspierają pedagogów
Prof. Tomasz Scheffler uważa, że rozwiązaniem mogłoby być realne wzmocnienie pozycji nauczyciela i konsekwentne egzekwowanie przysługującego mu statusu funkcjonariusza publicznego. Także dyrekcja, zgodnie z Kartą nauczyciela, ma obowiązek bronić pedagoga. W praktyce wielu nauczycieli czuje się jednak pozostawionych samym sobie, a jedyną radą pozostaje "przeczekać". Trudno nie zauważyć, że gdyby to nauczyciel nagrywał uczniów, reakcja systemu byłaby natychmiastowa i jednoznaczna. Pedagodzy wskazują też na brak wsparcia ze strony części rodziców, którzy bezrefleksyjnie stają po stronie swoich dzieci.
– Jeżeli jako nauczyciel nie mam wsparcia rodziców, nie znajduję go u dyrektora, a bardzo często także u swoich koleżanek i kolegów, to gdy pojawi się problem z uczniami, zostanę sam. A negatywne zachowania będą tylko narastały – powiedział w rozmowie z "Portalem Samorządowym" Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego "Forum - Oświata". Podkreślił, że same przepisy szkolne nie wystarczą bez realnych narzędzi dyscyplinujących, takich jak możliwość zawieszenia czy usunięcia ucznia. Jego zdaniem sprawą powinno zająć się także Ministerstwo Edukacji Narodowej, które dotąd nie podjęło zdecydowanych działań, mimo że problem nie jest nowy.
Źródło: portalsamorzadowy.pl, sip.lex.pl
