
Tegoroczna zima zaskoczyła nie tylko kierowców, ale też szkoły i rodziców. Długie mrozy, śnieg i alarmy smogowe obnażyły problemy z organizacją szkolnego dnia, zwłaszcza lekcji WF. Coraz więcej rodziców głośno mówi o strachu o zdrowie dzieci.
Takiej ostrej zimy nie było od lat
W tym roku zima postanowiła nam przypomnieć, jak wyglądała kiedyś. Nie symbolicznie, nie przez dwa dni "ataku zimy, która zaskoczyła kierowców". Po kilku dniach mrozu i śniegu nie skończyło się błotem pośniegowym i odwilżą. Są długie mrozy, regularne opady śniegu, ujemne temperatury utrzymujące się tygodniami. Takie zimy przez ostatnie 15-20 lat właściwie się nie zdarzały, a już na pewno nie w takiej wersji długodystansowej, gdzie mróz trzyma prawie miesiąc.
Odzwyczailiśmy się od takich warunków pogodowych. Jako społeczeństwo, jako rodzice, odzwyczaiły się też szkoły (widać to po sytuacjach, kiedy dyrektorzy musieli odwołać stacjonarne lekcje). I nagle okazuje się, że nie bardzo wiemy, co z tą zimą zrobić. A dzieci – jak to dzieci – nadal mają wyjścia na dwór, dotlenienia się i zwykłego bycia w ruchu.
Jako rodzic absolutnie wierzę w to, że nawet przy mrozach wychodzenie na świeże powietrze i aktywność fizyczna są dla dzieci ważne. Wzmacniają odporność, hartują organizm, poprawiają koncentrację. Ale pod jednym warunkiem: że są ku temu realne, bezpieczne warunki.
Bo żeby ruch zimą miał sens, dziecko musi być zdrowe, dobrze ubrane, odpowiednio zabezpieczone przed mrozem i śniegiem, a powietrze nie może być ciężkie od smogu. Tymczasem od tygodnia alarmy smogowe pojawiają się regularnie. Z jednej strony nauczyciele nawet by nie pomyśleli, żeby w taką pogodę iść z dziećmi na WF na świeże powietrze, bo baliby się, że rodzice podniosą bunt.
Z drugiej strony, gdyby uczniowie poszli w odpowiednich strojach pobawić się na śniegu albo chociaż na spacer do pobliskiego parku, spożytkowaliby trochę energii na świeżym powietrzu.
Szkoły nie rozumieją, dlaczego rodzice mają problem
W wielu szkołach WF jest planowany na końcu lekcji. Dzieci wychodzą spocone, często odwodnione, bo w czasie wysiłku fizycznego nie piją tyle, ile powinny. Potem idą prosto w mróz i śnieg. Czasem do domu, czasem na zajęcia dodatkowe, czasem na autobus. Bez możliwości spokojnego wyciszenia organizmu, przebrania się w cieple, wysuszenia włosów.
W przypadku mojego dziecka problem jest jeszcze poważniejszy, bo na końcu planu są zajęcia na basenie. Klasa idzie na pływalnię pieszo i tak samo z niej wraca. Dzieci są rozgrzane, często mają niedosuszone włosy, wilgotne skarpetki, nie do końca ogarnięte bluzy i czapki. I wracają w takim stanie zimą, przy mrozie i śniegu, do szkoły.
Nie każde dziecko jest odbierane przez rodzica, bo nie każdy rodzic ma taką możliwość. Jasne, wychowawczyni pilnuje, przypomina, stara się dopilnować, ale to są siedmiolatki. One nie zawsze słuchają, nie zawsze przewidują konsekwencje, nie zawsze zrobią wszystko dokładnie, nawet jeśli zwykle są bardzo samodzielne.
I tu dochodzimy do sedna. Nie wymagajmy od dzieci nadmiernej odpowiedzialności tam, gdzie system powinien je chronić. Mój syn jest naprawdę samodzielny, zawsze dokładnie się suszy, pilnuje ubrań, a mimo to ja i tak czuję lęk, że przy takich mrozach zaraz będzie chory. Może jestem przewrażliwiona, ale takie głosy słyszę też od innych rodziców. I to nie jest histeria, tylko zdroworozsądkowa obawa, że organizacja szkolnej codzienności kompletnie nie nadąża za realiami tej zimy.
