uczniowie w klasie podczas lekcji siedzą w ławkach
Nauczycielka rzekomo dopuściła się zbeszczeszczenia symbolu religijnego. fot. CactusVP/storyblocks.com

Nauczycielka z Pomorza została oskarżona o wyrzucenie krzyża do szkolnego śmietnika, co wywołało falę oburzenia i politycznych komentarzy. Sprawą zajęła się prokuratura oraz kuratorium oświaty, a pedagożka została zawieszona w obowiązkach. Teraz nauczycielka zabrała głos i przedstawiła wersję wydarzeń, która diametralnie zmienia obraz tej historii.

REKLAMA

Nauczycielka miała wyrzucić krzyż do szkolnego śmietnika

W zeszłym tygodniu media żyły sprawą nauczycielki z Pomorza, która miała rzekomo zdjąć w trakcie lekcji krzyż ze ściany klasy i wyrzucić go do kosza. Środowiska prawicowe zareagowały na te doniesienia oburzeniem, a w emocjonalnych komentarzach pojawiały się nawet wezwania do protestów i "obrony krzyża".

Sprawą zajęła się prokuratura – ze względu na domniemanie czynu objętego Kodeksem karnym – a także kuratorium oświaty, które zapowiedziało kontrolę. Do czasu wyjaśnienia sytuacji nauczycielka została zawieszona w obowiązkach zawodowych.

Skala emocji oraz liczba plotek narastających wokół tej historii – również wśród uczniów i ich rodziców – sprawiły, że sprawą zainteresowały się największe media w kraju. TVN24 oraz "Dziennik Bałtycki" zdecydowały się porozmawiać bezpośrednio z oskarżaną nauczycielką, by poznać jej perspektywę.

Z rozmów wynika, że sytuacja mogła wyglądać zupełnie inaczej, niż przedstawiano w pierwszych relacjach, a źródłem kontrowersji były przede wszystkim plotki krążące w niewielkiej społeczności Kielna (woj. pomorskie).

Nauczycielka przez długi czas nie zabierała głosu, jednak zdecydowała się na publiczny komentarz, gdy w sprawę włączyli się politycy – głównie z prawej strony sceny politycznej – ostro krytykujący jej zachowanie, a także metropolita gdański arcybiskup Tadeusz Wojda oraz ministra edukacji Barbara Nowacka.

– Osoby, które zabierają głos w tej sprawie opierają się nie na faktach, a przekazie na ich temat. Problem polega na tym, że ten przekaz nie odpowiada rzeczywistości i jest cynicznie wykorzystywany – przyznała nauczycielka języka angielskiego w rozmowie z "Dziennikiem Bałtyckim".

Przedstawiła również szczegółowy opis wydarzeń ze swojej perspektywy:

– Miałam tego dnia lekcje do godziny 14, cały dzień w swojej klasie, a to się wydarzyło na mojej ostatniej lekcji. W czasie zajęć, gdy sięgałam do szafy po pomoce naukowe dla uczniów, zauważyłam, że ktoś powiesił krzyż nad klatką chomika, który jest naszym klasowym zwierzątkiem. W tej klasie nigdy wcześniej nie było żadnego krzyża.

[...] To nie była sala, w której prowadzone były lekcje religii, ale języka angielskiego. Wisiało tam wyłącznie godło. Jeszcze rano tego "krzyża" nie było, został tam powieszony przed moją ostatnią godziną lekcyjną tego dnia, podczas gdy miałam tzw. okienko między zajęciami albo na przerwie przez uczniów.

[...] Od początku było jasne, że to nie jest przedmiot czci religijnej, tylko fragment halloweenowego przebrania. Zresztą, gdyby to był taki przedmiot, to tym bardziej nie było to dla niego właściwie miejsce. Poprosiłam, by tę zabawkę zdjęli, a gdy nie posłuchali, po prostu ją wyrzuciłam. [...] Wyrzuciłam cosplayowy gadżet od halloweenowego stroju, którym bawiły się dzieci, a następnie powiesiły go nad klatką chomika – w miejscu, w którym wcześniej wisiał zegar.

Perspektywa nauczycielki zmienia wszystko

W dalszej części rozmowy – zarówno z "Dziennikiem Bałtyckim", jak i w wywiadzie dla TVN24 – nauczycielka kilkukrotnie podkreślała, że szanuje przedmioty czci religijnej i nigdy nie wyrzuciłaby do śmieci prawdziwego krzyża. Jak zaznaczała, była przekonana, że ma do czynienia z zabawką, a nawet w takim przypadku uznała, że miejsce nad klatką chomika nie jest odpowiednie.

– Jestem neutralna religijnie i bardzo tolerancyjna. Szanuję wiarę – podkreśliła.

Dodała również, że kocha swoją pracę. Przyznała, że obecnie znajduje się w bardzo złym stanie psychofizycznym z powodu medialnej nagonki, jednak po wyjaśnieniu sprawy chce wrócić do szkoły, ponieważ lubi swoją pracę i swoich uczniów.

Zapewniła, że w tym trudnym czasie otrzymuje ogromne wsparcie – zarówno od uczniów i ich rodziców, jak i od absolwentów szkoły, z którymi wcześniej pracowała. Zwróciła uwagę, że reakcja otoczenia na sytuację, która z jej perspektywy wyglądała zupełnie inaczej, jest niepokojąca – szczególnie w kontekście roli mediów w podsycaniu emocji i plotek.

– Nie da się tego czytać, skala hejtu, który się na mnie wylał, jest niesamowita. Ludzie piszą okropne rzeczy bez sprawdzenia, wyjaśnień, informacji o rozwoju sprawy. Pikieta to był po prostu atak agresji na szkołę. Ale czuję wsparcie innych nauczycieli, choć w nich to też uderza. Boję się, jak to wszystko wpłynie na nich i na mnie.

Polityczna nagonka

W "Dzienniku Bałtyckim" ukazał się także artykuł dotyczący Tomasza Terlikowskiego, który wcześniej publicznie – w emocjonalnym tonie – skomentował sprawę, ostro krytykując nauczycielkę. Po zapoznaniu się z jej relacją dziennikarz przeprosił za swoją reakcję i przyznał, że uległ politycznej nagonce.

"Popełniłem błąd zakładając, że informacje przekazane wcześniej przez media (niemal wszystkie) były wiarygodne i w efekcie mój komentarz był nie do końca adekwatny. Za co przepraszam!" – napisał w mediach społecznościowych.

Następnie dodał:

"Skandal – to wciąż odpowiednie słowo na określenie tego, co się wydarzyło. Tyle, że teraz trzeba je skierować w kierunku polityków i aktywistów prawicy. Dlaczego? Bo ujawnili imię i nazwisko nauczycielki, czego nie wolno im było robić. Jedynym skutkiem tego działania był hejt skierowany w jej kierunku.

[...] Nauczycielka – którą za zbyt ostry komentarz przepraszam – popełniła jednak (moim zdaniem) błąd wyrzucając krzyż (niezależnie od tego czy był on plastikowy i kupiony jako element przebrania zakonnicy czy nie) do kosza. Tak, wieszając go uczniowie robili sobie żarty, ona mogła go zdjąć, ale już wyrzucenie krzyża (który coś jednak symbolizuje, nawet jeśli jest tylko elementem stroju i żartu) do kosza było – moim zdaniem – przekroczeniem pewnych symbolicznych ram. To powinno wydarzyć się inaczej. I wciąż uważam, że nauczycielce zabrakło pewnego wyczucia".

Śledztwo prokuratury wciąż trwa i to śledczym oraz kuratorium należy teraz pozostawić przestrzeń do rzetelnej pracy i podjęcia decyzji dotyczącej dalszych losów pedagożki. Jeśli relacja nauczycielki okaże się zgodna z prawdą, sposób, w jaki media i politycy wykorzystali tę sytuację do bieżących celów ideologicznych, będzie sam w sobie skandalem.

Źródło: dziennikbaltycki.pl, tvn24.pl

Czytaj także: