autobus
Najbardziej wstrząsające jest to, że dzieci nie protestują. One nie podnoszą głosu. fot. Pexels.com

Jechałam ostatnio autobusem i byłam świadkiem sceny, która nie powinna mieć miejsca. Mały chłopiec chciał tylko skasować bilet, ale nie poradził sobie z automatem. Zamiast wsparcia od ojca – dostał publiczne upokorzenie, a wszyscy wokół odwrócili głowy, udając, że nic się nie dzieje.

REKLAMA

Niewinna próba

Jechałam ostatnio autobusem, w którym podróżował tata z kilkuletnim synem. Chłopiec, może pięcioletni, stanął przy kasowniku z biletem w dłoni. Widać było, że bardzo chciał zrobić to sam – z dumą udowodnić, że potrafi poradzić sobie jak dorosły.

Rączki mu drżały, wkładał bilet nie tą stroną, próbował ponownie, uparcie, z przejęciem. To był zwykły moment dziecięcej nauki, który powinien zakończyć się uśmiechem ojca i spokojnym: "spróbuj jeszcze raz".

Niestety, tata chłopca nie wytrzymał całej sytuacji i wybuchł. Najpierw było głośne: "No szybciej!", a potem coraz ostrzejsze słowa.

"Nawet z tym sobie nie radzisz? Naprawdę jesteś taki głupi?" – powiedział tak, by słyszeli wszyscy pasażerowie.

Publiczne upokorzenie

Chłopiec tylko spuścił głowę. Nie próbował już ponownie, bo wiedział, że każda następna próba skończy się kolejnym ciosem słów.

Twarz miał czerwoną, a oczy wpatrzone w podłogę. I choć stał w tłumie ludzi, był kompletnie sam – zostawiony sam na sam ze wstydem, który wywołał najbliższy człowiek

I to jest właśnie dramat codzienności: dorosłym puszczają nerwy w banalnych sytuacjach. Kasownik nie działa? Dziecko się pomyliło? To przecież drobiazg. Ale w głowie sfrustrowanego ojca drobiazg staje się iskrą. Nerwy wybuchają, a ofiarą jest dziecko. Takie sceny nie zostają w pamięci rodzica, ale w sercu dziecka zapisują się na lata.

Co robili współpasażerowie? Nic. Udawali, że nie widzą. Jedna kobieta patrzyła w okno, ktoś inny nagle zajął się telefonem.

Cisza, która mówiła głośniej niż słowa: "to nie moja sprawa". Ale czy naprawdę nie jest? Czyjeś dziecko właśnie było publicznie upokarzane, a my wszyscy wybraliśmy wygodną ślepotę.

Milczenie dzieci jest krzykiem

Najbardziej wstrząsające jest to, że dzieci nie protestują. One nie podnoszą głosu, nie kłócą się z dorosłym. One tylko spuszczają głowę. Milczą. A to milczenie to ich sposób wołania o pomoc, której i tak nikt nie daje.

To milczenie rośnie potem w dorosłym życiu, zamienia się w brak pewności siebie, w lęk, w przekonanie, że "do niczego się nie nadaję".

Patrząc na tę scenę, czułam ogromne poczucie wstydu – nie za dziecko, nie za jego nieporadność, ale za dorosłego, który nie potrafił pohamować gniewu. I za nas wszystkich, którzy milczeliśmy.

Przykro było patrzeć, bo wiedziałam, że ten chłopiec zapamięta nie trudny kasownik, ale upokorzenie od własnego ojca. I że takich dzieci w autobusach, na ulicach, w domach – jest mnóstwo.

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl
Czytaj także: