
All inclusive z dziećmi to nie tylko drinki z palemką i zabawa w basenie. To także rodzicielski sprawdzian – z cierpliwości, granic i zdrowego rozsądku. Zanim ruszymy na wakacje, przypominam moim synom trzy proste zasady, dzięki którym wszyscy wracamy z hotelu bez rumieńca wstydu.
Wakacje z dziećmi all inclusive mają zasady
All inclusive z dziećmi brzmi z jednej strony jak raj, ale z drugiej... jak próba przetrwania urlopu. Kiedyś myślałam, że wystarczy spakować paszporty, krem z filtrem i dmuchane rękawki.
Teraz wiem, że najważniejsze pakuję do głowy – swojej i dzieci. Jako mama dwóch przedszkolnych chłopców, wiem, że granica między "odpoczywamy jak ludzie" a "wszyscy nas zapamiętają, ale niekoniecznie dobrze" jest bardzo cienka, szczególnie jeśli ma się pod opieką żywiołowe dzieci, których wszędzie pełno.
Na szczęście – zanim opuścimy samolot i wkroczymy do kolorowego świata basenów, szwedzkich stołów i dyskotek co wieczór – przypominam moim dzieciom trzy zasady.
To nie są groźby, tylko nasze wspólne ustalenia, które mieszczą się w podejściu rodzicielstwa bliskościowego. Równocześnie pokazują, że granice są potrzebne. Bo można kochać bezwarunkowo i jednocześnie nie pozwalać dzieciom skakać po stole w restauracji.
Zasada 1: "Wszyscy jesteśmy tu gośćmi"
Brzmi banalnie? Ale działa. Tłumaczę chłopcom, że hotel to nie nasz dom, a inni ludzie też chcą tam odpoczywać. Używam prostych porównań: "Wyobraź sobie, że ktoś ci krzyczy do ucha przy śniadaniu albo chlupie wodą, kiedy chcesz spokojnie popływać".
Przedszkolaki rozumieją więcej, niż nam się wydaje – tylko trzeba im pokazać, jak wygląda perspektywa innych. Nie chodzi o to, by programować je jak roboty do bycia "grzecznymi" tylko o to, by zrozumieli, że otoczeniu należy się szacunek. Stąd płynnie wchodzimy w zasadę drugą...
Zasada 2: "Szacunek do obcych"
Plaża, basen, animacje – to wszystko zachęca do ruchu, biegania, śmiechu. I super! Ale rozmawiamy o tym, że nie wszystko, co robimy z bratem, można robić z obcym dzieckiem.
"Nie łapiemy nikogo za rękę, nie krzyczymy w twarz, nie wchodzimy w cudze leżaki" – powtarzam to tak, jak powtarzam, że sięgamy po chusteczkę, gdy mamy katar. Ktoś może pomyśleć, że moje dzieci to dzikusy, ale wiem, jakie są realia wychowania kilkulatka.
Kiedy patrzę na inne dzieci, często nawet przyznaję z dumą, że "moje to są jednak aniołkami". Prawda jest jednak taka, że dzieci to tylko dzieci i nie można od nich wymagać, by cicho siedziały na leżaku, kiedy dookoła jest tyle atrakcji przeznaczonych właśnie dla nich.
Zasada 3: "Mamo, mogę...?"
Zasada pytania jest tak prosta, że często zapominamy o jej mocy. Przedszkolak, który wie, że przed samodzielnym pójściem po kolejną colę do baru powinien zapytać i nie znika nagle z zasięgu wzroku.
Zamiast mieć synów na krótkiej smyczy, daję im bezpieczną przestrzeń do działania, ale wszystko jest w granicach rozsądku. "Chcesz jeszcze lody? Jasne. Tylko powiedz mi, zanim pójdziesz po nie". To buduje w nich poczucie bezpieczeństwa, a we mnie – spokój. A przecież o to chodzi na wakacjach.
Nie jestem idealną mamą. Ale wiem jedno – dzieci też chcą czuć się dobrze na wyjeździe. Jeśli będą tylko słyszeć "nie biegaj", "nie krzycz", "nie dotykaj", to nie odpoczniemy ani my, ani one. Dlatego staram się łączyć luz z jasnymi zasadami. Po to, żebyśmy nie wracali z wakacji zmęczeni bardziej niż przed wyjazdem.
Wakacje to czas odpoczynku, a nie musztry
All inclusive z dziećmi nie musi być pasmem zakazów. Może być lekcją życia w społeczeństwie, budowania relacji i pokazywania, że wolność idzie w parze z odpowiedzialnością.
I tak – pozwalam im zjeść trzy gałki lodów, zatańczyć na scenie, siedzieć w piżamie do śniadania (o ile hotel na to zezwala). Ale nie pozwalam nikogo popychać w kolejce po naleśniki, ani przepychać się do zjeżdżalni na basenie.
Bo rodzicielstwo bliskości to nie brak granic. To mądre towarzyszenie dziecku – nawet w hotelowej restauracji pełnej ciastek.
