Matka uczy pokazywać "fucka", ojciec używa go jako tarczy. Oto cena, jaką przyjdzie dziecku za to zapłacić

Dziecko jako żywa tarcza swojego ojca. Obok mężczyzna w kominiarce
Dziecko jako żywa tarcza swojego ojca. Obok mężczyzna w kominiarce Bart Staszewski
Na sobotniej Paradzie Równości w Białymstoku nie było bezpiecznie. Kontrmanifestujący pod sztandarami Boga, Honoru i Ojczyzny rzucali w uczestników marszu butelkami i petardami. W imię wzniosłych wartości bili, kopali i wyzywali, a białostocki SOR zapełniał się początkowo powoli, żeby później pękać w szwach. Jakie niesie to za sobą konsekwencje dla małych dzieci, spośród których wiele było świadkami aktów agresji i atmosfery niepokoju? O tym opowiada nam Przemysław Staroń, nie tylko Nauczyciel Roku 2018, ale przede wszystkim psycholog Uniwersytetu SWPS.


Gros polskich internautów zobaczyło już najbardziej symptomatyczne zdjęcie z kontrmanifestacji do Parady Równości w Białymstoku. Przedstawia mężczyznę w koszulce "Polska", który jako tarczy między sobą a policjantami używa mniej więcej rocznego dziecka w spacerowym wózku. Mieliśmy dyskusję w redakcji – ja byłam oburzona, że dla dziecka zamieszki będą traumą, niektórzy twierdzili, że przecież ono nie będzie tego pamiętać, że w Sylwestra też są petardy. Dziecko pewnie nie będzie pamiętać, że było na jakimkolwiek marszu, ale takie doświadczenie zapisuje się poniżej progu świadomości poprzez mechanizm tzw. imprintingu. Może to być doświadczenie trudne i traumatyczne, które wróci do niego później. Doświadczenia z wczesnego dzieciństwa wpływają na nas tak intensywnie, ponieważ mózg, będąc wtedy bardzo plastycznym, fundamentalnie się kształtuje. Potem dorosła osoba trafia na terapię i okazuje się, że źródłem problemu jest to, czego nie pamięta.


Jest jeszcze druga sprawa – najważniejsze dla rodzica powinno być zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. W sobotę w Białymstoku bezpiecznie nie było przede wszystkim fizycznie. Poza tym rodzic, który eksponuje dziecko w mediach społecznościowych, siłą rzeczy zmniejsza jego bezpieczeństwo, bo w internecie nic nie ginie. Ze zdjęciami i danymi można zrobić bardzo dużo.


Reperkusje tego, jak dziecko będzie funkcjonowało, kiedy od małego pojawia się na Facebooku swoich rodziców, odczujemy dopiero po latach, bo media społecznościowe są stosunkowo nowym tworem. W przyszłości to dziecko może być stygmatyzowane, bo ktoś powie, że to ono było na tym słynnym zdjęciu.


To konkretne zdjęcie zostało zrobione przez fotografa z zewnątrz, Barta Staszewskiego. To nie ojciec wstawił do sieci zdjęcie z dzieckiem, nie miał nic do powiedzenia w tej kwestii.

Rodzic, zabierając dziecko na tego typu wydarzenie, musi być świadomy, że ludzie będą robić zdjęcia, a fotografia jego dziecka może trafić na pierwsze strony gazet. Niestety opiekun często nie zdaje sobie z tego sprawy. Sumując wszystkie te elementy, nie sposób nie odnieść wrażenia, że reperkusji może być więcej, niż nam się wydaje.

Gdyby pytała mnie pani na poziomie czysto etycznym, to używanie dzieci w różnego rodzaju formach walki politycznej budzi we mnie niesmak.

Nawet pokojowej?

Dwa lata temu widziałem na marszach broniących sądów dzieci z różnymi transparentami. Jeżeli kilkulatek trzyma transparent z napisem "jestem mały, ale chcę żyć w sprawiedliwym kraju", to idea jest oczywiście słuszna...

Ale to nie jest jego przekonanie.

Dokładnie, dlatego wyczuwam w tym zgrzyt – choć dużo mniejszy niż w przypadku chrztu noworodków w Kościele katolickim. Uważam, że to nie jest w porządku, kiedy decyduje się za dziecko. Również przekroczeniem granic było, kiedy dziecko śpiewało w niefajny sposób o Kaczyńskim.

Czytałam relację Jacka Dehnela z marszu w Białymstoku. Opisywał matkę, która układała palce synka w "fucki" i mówiąc mu "ucz się", krzyczała do uczestników parady "wypie*dalać". Zastanawiałam się, jak bardzo to może wpłynąć na psychikę dziecka. Czy będzie nienawidzić wszystkich od początku? A może będzie bać się matki? Nie wyobrażam sobie, żeby było spokojne i beztroskie. Samo doświadczenie, w którym matka układa rączkę dziecka tak, żeby pokazywało "fucka", nie jest doświadczeniem, które jakoś wpłynie na jego życie, ono może w ogóle tego nie zakonotować. Jest nadzieja, że to będzie przypadkowe zdarzenie.

Problemem jest to, że ona z takim dzieckiem jest cały czas. Jeżeli więc pozwala sobie na tego typu akcje na marszu, to możemy podejrzewać, że różne formy przemocy czy wulgarnego podejścia do innych ludzi może prezentować na co dzień. To jest dużo bardziej wstrząsające. Nie mówię, że ona nieustannie układa z jego paluszków "fucka", ale skoro robi to, to równie dobrze może na co dzień podsycać jego nienawiść.

Dziecko uczy się emocjonalnie, poprzez identyfikację z modelem: jeśli widzi matkę, która używa nieładnych słów i towarzyszą jej emocje, np. wykrzywiony wyraz twarzy, to będzie to w jakiś sposób ekscytujące, dlatego będzie kopiowane. Dzieci niezwykle mocno naśladują, wręcz kopiują zachowania dorosłych.

Czyli dziecko na wiecach, marszach i manifestacjach powinno pojawiać się dopiero wtedy, kiedy samo będzie wyrabiało sobie swoje poglądy?

Dopiero w okresie adolescencji dziecko jest w stanie myśleć abstrakcyjnie, wcześniej myśli konkretem i nie ma umiejętności przeprowadzania formalnych operacji myślowych. Doświadczenia polityczne przed okresem dojrzewania siłą rzeczy będą poniżej progu jego możliwości krytycznej oceny.

Postawa obywatelska i zachowania obywatelskie powinny być wdrażane od samego początku życia. Mówię o takich skryptach działania, jak segregacja śmieci, uczenie zasad dotyczących bezpieczeństwa. Dzieci mogą też, moim zdaniem, brać udział w pozytywnych aktach obywatelskich, ale nie w takich, które mają charakter walki.

Byłam na warszawskiej paradzie równości i widziałam tam sporo dzieci. Wydawało mi się, że to miejsce jest nie tylko bezpieczne, ale też radosne, przyjemne, wesołe.

Według mnie marsze równości są wydarzeniami ciepłymi, sympatycznymi i głoszącymi pozytywne wartości – oczywiście prawa strona sceny politycznej myśli dokładnie odwrotnie, ale w tej kwestii powinniśmy opierać się na nauce. Jednakże jakiekolwiek nasze osobiste poglądy nie mają tu nic do rzeczy, bo co jest istotne, to fakt, że uczestnicy parad równości de facto i wbrew propagandzie prawicowych mediów nie dążą do żadnej konfrontacji.

Niemniej jednak, nawet zabierając dzieci na marsz równości, należy liczyć się z tym, że żyjemy w kraju, w którym takie wydarzenie wyzwala silne emocje i należy spodziewać się różnych, także agresywnych reakcji, więc w Polsce zabieranie na nie dzieci nie jest sprawą psychologicznie oczywistą.

Rodzice mają zagwarantowane konstytucyjnie prawo do wychowywania dzieci w zgodzie ze swoimi poglądami i to robią. Można więc zapytać, że skoro dzieci są prowadzane do do kościoła od małego, to dlaczego nie mogą uczestniczyć w innych formach aktywności zgodnej ze światopoglądem rodziców? Mogą. Tylko bardzo ważne jest to, że ta konkretna kontrmanifestacja w Białymstoku i wiele innych marszów i protestów w Polsce jest stworzonych po to, żeby dążyć do konfrontacji, walki, spięć i napięć. To jest istotna różnica i w takich wydarzeniach dziecko nie powinno uczestniczyć.

Jak zatem najlepiej uczyć dzieci wartości, które sami wyznajemy?

Jest wiele sposobów – począwszy od fantastycznych książek, a skończywszy na poznawaniu z innymi ludźmi. Zacznijmy od tego. A przede wszystkim – od uczenia empatii i szacunku, ale także stawiania granic i umiejętności reakcji na zło. To jest najlepsze, w co możemy wyposażyć dziecko na całe dorosłe życie.
Napisz do autorki: katarzyna.chudzik@mamadu.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...