"Spodziewałam się pasów i sadystycznych pielęgniarek". 17-latka zdradza, co dzieje się w szpitalu psychiatrycznym

Zdjęcie ilustracyjne/ 17-latka opowiada o swoim pobycie na oddziale psychiatrycznym
Zdjęcie ilustracyjne/ 17-latka opowiada o swoim pobycie na oddziale psychiatrycznym Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
– W momencie, w którym kompletnie straciłam kontrolę, mama się nie wahała. Powiedziała, że kocha mnie, ale nie odpuści, ponieważ potrzebuję pomocy, a ona nie jest w stanie mi jej sama zapewnić. Zdiagnozowano u mnie zaburzenia depresyjne z przejawami autoagresji – mówi 17-letnia obecnie Tosia, która na oddział psychiatryczny w szczecińskim szpitalu trafiła w 2017 roku.


Coraz więcej polskich dzieci ma problemy na tle psychicznym. Wypalenie, presja, konflikty rodzinne, traumatyczne przeżycia, a także dynamika zmian społecznych, do których muszą dostosować się młodzi ludzie. Niestety często nie otrzymują wystarczającego wsparcia od rodziców czy nauczycieli w szkole. Problemem jest również fatalna sytuacja psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej.


Życie na huśtawce
Swoją historię postanowiła opowiedzieć Tosia. Jej problemy zaczęły się w 5. klasie szkoły podstawowej. Jak sama przyznaje, "na pewno przyczynił się do tego rozwód rodziców i co za tym idzie konflikt lojalnościowy oraz ogromna presja". Problem pogłębiała szkoła i trudności z nawiązywaniem relacji z rówieśnikami.


– Byłam bardzo zamknięta w sobie i nieśmiała, co powodowało, że trzymałam się na uboczu. Często zdarzało się, że ktoś powiedział coś niemiłego, czy celowo wpadł na mnie na korytarzu. Otrzymałam w klasie łatkę "dziwnej" i tak jakby zostałam wykluczona. Nauczyciele niestety też mocno mnie zawiedli. Wielokrotnie byłam ofiarą przemocy z ich strony, co nie powinno mieć miejsca. Pojawiły się problemy z koncentracją, obniżony nastrój (czasami wręcz przypominało to taką huśtawkę), wycofanie, obojętność, obniżony apetyt, bezsenność i dużo wewnętrznego napięcia – wspomina dziewczyna.


Tosia mogła jednak liczyć na wsparcie mamy. Ta robiła wszystko, by pomóc córce, a gdy zorientowała się, że sama nie jest w stanie tego osiągnąć, zwróciła się po pomoc specjalistyczną. Zapisała dziewczynkę do psychiatry i psychologa.

A potem zaczęło się gimnazjum i było tylko gorzej. Szkoła nie wykazała się szczególną aktywnością i pomimo próśb rodziców odbyła się może jedna lekcja na temat profilaktyki depresji. Znaczenie lepiej wyglądała sytuacja w drugiej szkole, do której trafiła Tosia po przeprowadzce. – Wsparcie otrzymałyśmy zarówno ze strony klasy i wychowawców, jak i dyrektora. Między innymi dzięki temu, udało mi się skończyć szkołę i dostać się do liceum – mówi 17-latka.

"Nie byłam w stanie funkcjonować"
Tosia trafiła na oddział psychiatryczny dla dzieci i młodzieży w Szczecinie 12 grudnia 2017 roku. Miała 15 lat. – Nie byłam już w stanie normalnie funkcjonować. Samookaleczenia przybrały na sile na tyle mocno, że stały się bezpośrednim zagrożeniem życia. Kilkukrotnie trafiłam do szpitala z ranami wymagającymi szycia. Miałam możliwość trafienia na oddział dużo szybciej, ale obie z mamą bardzo się tego obawiałyśmy. W momencie, w którym kompletnie straciłam kontrolę, mama się nie wahała. Zdiagnozowano u mnie zaburzenia depresyjne z przejawami autoagresji.

Nastolatka spędziła w szpitalu ponad 3. miesiące. Teraz przyznaje, że pomimo początkowego negatywnego nastawienia i lęku, pobyt na oddziale bardzo jej pomógł. – Dzięki stałej opiece lekarza psychiatry oraz psychologa udało się zapanować nad samookaleczeniami, dobrać leki w odpowiedni sposób i wrócić do w miarę normalnego funkcjonowania. Myślę, że naprawdę nie było źle! Spodziewałam się stereotypowego mrocznego oddziału, pasów i paskudnych, sadystycznych pielęgniarek – bo nie ma co ukrywać jako nastolatkowie mamy umysły podatne na sugestie, np. filmów czy książek.

Tosia podkreśla, że w jej odczuciu, otrzymała pomoc, której oczekiwała. Pani doktor uważanie słuchała spostrzeżeń i uwag młodej pacjentki i zawsze brała je pod uwagę. Wyjaśniała, tłumaczyła.

Życie na oddziale...
... toczy się trochę innym torem. Nastolatka wspomina rutynę, która jest potrzebna pacjentom, by ustabilizowali rytm dnia. Każdy dzień wyglądał zatem praktycznie tak samo.

Tosia dokładnie opisuje plan dnia:
Budzono nas około godziny 7:00, w weekendy była to godzina 8:00. Rozpoczynaliśmy gimnastyką, na którą składało się kilka ćwiczeń rozciągająco-oddechowych. Następnie mieliśmy 15 minut na pościelenie łóżka, uporządkowanie szafki i poranną toaletę. Panie terapeutki, które prowadziły ćwiczenia, za porządek w sali stawiały plusy, dzięki którym później można było wychodzić na spacery.

Przed śniadaniem ustawialiśmy się w kolejkę pod gabinetem zabiegowym, gdzie wydawane były leki. Następnie zbieraliśmy się w świetlicy/stołówce na codzienną "społeczność" – to spotkania, na których pacjenci wraz z personelem omawiają miniony dzień i bieżące sprawy. Po posiłku udawaliśmy się na lekcje. Zajęcia odbywały się normalnie w klasach z nauczycielami – ale trwały pół godziny, a nie 45 minut. Maksymalnie w ciągu dnia było ich 5, z przerwą na obiad o godzinie 12:30.

We wtorki i czwartki odbywała się również terapia grupowa, na której rozmawialiśmy czasem o tematach wybieranych przez nas, a czasem narzucanych z góry. Wykonywaliśmy ćwiczenia i uczyliśmy się o poznawaniu samego siebie. Indywidualnie, zgodnie z ustaleniami, pacjenci odbywali również rozmowy z prowadzącymi specjalistami 1 lub 2 razy w tygodniu. W godzinach 16:00-18:00, odbywały się odwiedziny. Między nimi była również kolacja.

O 19:00 dostawaliśmy wieczorne leki, a o 22:00 gaszono światła. W międzyczasie do dyspozycji mieliśmy salę do terapii zajęciowej, telewizor, stół do ping-ponga, gry planszowe, puzzle. W te lepsze dni wymyślaliśmy ciekawe rzeczy, np. graliśmy w podchody czy śpiewaliśmy, a czasem opowiadaliśmy sobie różne historie. Mam też całkiem sporo wierszy z obu moich pobytów, ponieważ większość terapeutów pomaga swoim podopiecznym w rozwijaniu ich pasji.

Na sali leżała ze mną dziewczyna, która lubiła matematykę, więc pani doktor raz w tygodniu drukowała jej arkusz zadań. Mi samopoczucie poprawiały książki, których wtedy czytałam mnóstwo. Natomiast kiedy ktoś z nas miał gorszy dzień, pilnowaliśmy siebie nawzajem, dawaliśmy wsparcie – tworzyliśmy taką dużą rodzinę. Podobało mi się to, jak wyglądały relacje między pacjentami, bo wtedy właśnie potrzebowałam akceptacji i zrozumienia – i właśnie to otrzymałam.

Nie bójmy się prosić o pomoc
Wielu z nas żyje stereotypami na temat oddziałów i szpitali psychiatrycznych. Również Tosia o tym wspomniała. Filmy, książki, nieraz zasłyszane od kogoś opowieści. Pewne jest, że zdarzają się różne sytuacje, wiadomo także, że stan polskiej psychiatrii, szczególnie dziecięcej i młodzieżowej, po prostu musi się poprawić.

Czy teraz gdy to doświadczenie jest już za tobą, możesz powiedzieć, że było to dla ciebie najlepsze rozwiązanie? – pytam. – Patrząc z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że szpital psychiatryczny uratował mi życie. Dał mi schronienie, żebym mogła przeczekać i zebrać siły. Gdyby nie to, nie mam pojęcia, gdzie byłabym teraz… Myślę, że faktycznie w tamtym momencie było to dla mnie najlepsze rozwiązanie i jestem wdzięczna mojej mamie, że podjęła taką decyzję – mówi 17-latka.

Po powrocie ze szpitala dziewczyna nie zrezygnowała z terapii, bo jak sama przyznaje leczenie to proces i musiała się sporo napracować, żeby dotrzeć do punktu, w którym się znajduje teraz. – Lepiej rozumiem siebie i swoje potrzeby. Może to zabrzmi głupio, ale od 1,5 roku nie posiadam smartfona, bo zrozumiałam, że całodobowy dostęp do niego mi szkodzi. Tak samo z wieloma innymi rzeczami. Staram się nie ukrywać swojej historii, ale także nadmiernie się z nią nie obnosić. Myślę, że dzieląc się nią z innymi, mogę zrobić więcej, niż gdybym ją na siłę ukrywała – odpowiada, gdy pytam, czy rozmawia z rówieśnikami o tym, co przeszła.
Napisz do autorki: alicja.cembrowska@mamadu.pl