"Ściągaj pantalony, nie będę się przedzierać". Historia Sary z porodówki zwala z nóg

Poród w szpitalu we Włocławku skończył się dla Sary traumą
Poród w szpitalu we Włocławku skończył się dla Sary traumą Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Sara pod koniec lipca urodziła synka. Chłopiec przyszedł na świat we włocławskim szpitalu. Teraz świeżo upieczona mama napisała na Facebooku, jak wyglądał jej poród oraz cały pobyt w szpitalu. Trudno uwierzyć, że tak traktuje się rodzące w XXI wieku.


Sara nie przebiera w słowach, ale trudno jej się dziwić. To, co ją spotkało, to prawdziwe znęcanie się nad drugim człowiekiem. – Każda (kobieta – przyp. red.) siedzi cicho i się boi, bo przeczyta ktoś z personelu, bo powtórzą, później coś się stanie, trzeba będzie załatwić, nie pomogą. Gówno prawda! (...) Takiego burdelu i prostactwa jeszcze nigdy nie spotkałam – napisała na wstępie.


Problemy pojawiły się już przy przyjęciu do szpitala, gdy okazało się, że na oddziale nie ma miejsc. Kobieta usłyszała, że skoro jest blisko terminu porodu, a dodatkowo uskarża się na zanikające ruchy dziecka, to zostanie przyjęta i... położona na korytarzu. Jeden z lekarzy zdecydował o podaniu kobiecie kroplówki i wywołaniu porodu.


– Trzy godziny pod kroplówką. Decyzja – jeszcze trzy. Leżę tak sobie, nic się nie dzieje, po 4,5 h przyszedł lekarz, już na innej zmianie – "po co ona na tej kroplówce? na salę". W międzyczasie leżąc, słyszę – "zaraz mu prz***lę!" – opisuje Sara.

– Głos znajomej lekarki: "a może byś był tak ciszej?!" Przed jakże za***tą decyzją o odesłaniu mnie na salę, wpada lekarz, który przed chwilą chciał komuś prz***lić, zaczął się nakręcać – "zdejmuj te pantalony, nie będę się przecież przedzierał"... Stanęłam jak wmurowana – relacjonuje dalej.
"Wielki pan nie pozwala"
Po badaniu nic się nie zmieniło. Kobieta kolejne godziny spędziła, czekając na decyzję lekarzy. Dopiero rano ponownie została zbadana. Okazało się, że jednak nie wszystko jest w porządku, po przebiciu worka płodowego wypłynęły z niego zielone wody płodowe. Sara trafiła na porodówkę.


Pojawiły się regularne, bardzo silne skurcze. Nikt nie informował rodzącej o tym, co się dzieje. Przez cały czas musiała też leżeć w jednej pozycji, bo inaczej KTG nie działało. Ból był nie do opisania – twierdzi kobieta.

Do Sary co godzinę zaglądało dwóch lekarzy, którzy chcieli jak najszybciej przeprowadzić cesarskie cięcie, jednak lekarz prowadzący nie wyraził zgody.

– Położna (trafiła mi się super) robiła wszystko, żeby jednak zabrali mnie na cesarkę. Bezskutecznie. Po dwóch godzinach wybłagałam, żeby wstać. Sprzęt wariował, skurczy nie pokazywał, wariowało też tętno dziecko, ale i tak wielki pan nie dawał za wygraną – "nie ma postępów, niech rodzi" – opisuje Sara.

– Gdyby nie moja mama, która kur***em zmusiła dwóch przechodzących lekarzy do cesarki, moje dziecko pewnie by umarło. Prawdopodobnie podjęli w końcu decyzję bez wielkiego pana. Widziałam to po jego wk***ie, jak wbiegł na salę, jak już leżałam na znieczuleniu – podkreśliła.

Niewykryty zespół Downa
Poród poszedł sprawnie. Po chwili Sara mogła już zobaczyć synka. Niestety – okazało się, że chłopiec ma zespół Downa, którego wcześniej nie wykryli lekarze.

– Wielki pan na prywatnych wizytach, biorąc po 250 zł, nie wykrył, że dziecko ma wadę genetyczną. Wyobraź sobie taką sytuację. A najlepsze – po 24. tygodniu ciąży zmieniłam wielkiego pana na równie dobrą lekarkę, bo był za drogi. Też nie wykryła wady genetycznej – mówi z żalem Sara. Synka położono w oddzielnej sali na drugim końcu korytarza.

Jednak poród nie był końcem koszmaru, jaki Sarze zafundował włocławski szpital. A konkretnie jedna osoba – jedna z położnych. Mimo zaleceń poprzednich położnych, ta kazała Sarze jak najszybciej wstać z łóżka. Gdy pacjentka stwierdziła, że nie ma siły i nie da rady sama się umyć, w odpowiedzi usłyszała stek wyzwisk.

– "Trzymaj tą podpachę. Nie będę tego sprzątać, co ty myślisz, że ja nie mam co robić, tylko cię myć! Jak bym nie chciała, żeby mnie ktoś w szpitalu mył" – przytacza część z nich Sara.

"Ty patrz, takiej nie widziałaś"
Co jeszcze bardziej skandaliczne – położna, gdy zobaczyła jak pacjentka próbuje sama się umyć, zawołała inną koleżankę. – Na krawędzi stołka usiadłam i próbowałam się podmyć. No takiej zabawy to ruda sz***a nie miała. Zawołała koleżankę – "dobre, ty patrz, jeszcze takiej nie widziałaś, co się na siedząco myje". Koleżanka się zmieszała i wyszła – pisze Sara.

W dalszej części posta kobieta opisuje jeszcze inne przypadki poniżania. Między innymi odmówiono jej wózka, chociaż ledwie była w stanie przejść kilka kroków. Nie mogła sama zajmować się dzieckiem, bo pielęgniarki twierdziły, że "przeszkadza". Noworodek również nie miał odpowiedniej opieki. Nie został wykąpany, a cała jego pupa była tak odparzona, że przypominała jedną wielką ranę.

Sara opisała też to, co spotkało kobietę leżącą razem z nią na sali. Podczas znieczulenia przy porodzie źle wbito jej igłę, więc cierpiała na bóle pleców. Ale nie dostała żadnego wsparcia od personelu medycznego, została pozostawiona sama sobie. Chociaż nie miała pokarmu, nie pozwolono jej dokarmiać dziecka mlekiem zastępczym.

Zachowanie niektórych osób opisanych w poście z pewnością powinno zostać prześwietlone, a oni sami pociągnięci do odpowiedzialności. Pani Sarze należą się ogromne brawa za odwagę. Każdy taki skandal powinien zostać nagłośniony, a sprawcy cierpienia kobiet – ukarani.

Skontaktowałyśmy się w tej sprawie z włocławskim szpitalem. W poniedziałek (27 lipca) otrzymałyśmy w tej sprawie oświadczenie. Szpital podkreśla, że wszelkie procedury zostały przeprowadzone właściwie, a ewentualne naganne zachowania niektórych pracowników będą rozpatrywane w wewnętrznym postępowaniu.

Napisz do nas: marta.kabulska@mamadu.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE