Miała regularne skurcze, ale odesłano ją do domu. Poród zakończył się dramatem w łazience
Miała regularne skurcze, ale odesłano ją do domu. Poród zakończył się dramatem w łazience Fot. Pexels

Wiktoria, która była zaledwie trzy dni przed terminem porodu, zgłosiła się na SOR Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego w Warszawie z regularnymi skurczami. Po badaniach została odesłana do domu, a jedną z porad, które miała usłyszeć, było wzięcie ciepłej kąpieli. Niecałą godzinę później urodziła we własnej łazience, a jej nowo narodzony synek uderzył główką o posadzkę.

REKLAMA

Trafiła na SOR ze skurczami co trzy minuty. Odesłano ją do domu

Do dramatycznych wydarzeń doszło 1 października w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie. Sprawę opisywały m.in. Wirtualna Polska i "Gazeta Wyborcza". Wiktoria była wtedy trzy dni przed wyznaczonym terminem porodu. Niepokoiły ją regularne skurcze, które pojawiały się co około trzy minuty, dlatego zdecydowała się pojechać do szpitala.

Na miejscu przeprowadzono badania ginekologiczne i wykonano KTG, czyli zapis czynności serca dziecka oraz skurczów macicy. Według relacji medialnych, personel nie rozpoznał rozpoczynającego się porodu. Kobieta otrzymała leki rozkurczowe, a położna miała powiedzieć jej: "Nie wygląda pani na kogoś, kto zaraz urodzi".

Wiktoria miała również usłyszeć od lekarki zalecenie, by po powrocie do domu wzięła ciepłą kąpiel. Dolegliwości uznano za skurcze przepowiadające, a pacjentka opuściła placówkę i pojechała do domu.

Kobieta podkreślała później, że nie była to jej pierwsza ciąża i znała sygnały zbliżającego się porodu. W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" powiedziała:

"To nie była moja pierwsza ciąża. Mam już ośmioletnie dziecko. Wiedziałam, co to są skurcze i że powinnam jechać do szpitala".

Poród w domowej łazience. Dziecko uderzyło główką o posadzkę

Po powrocie do mieszkania sytuacja gwałtownie się zmieniła. Wiktoria niemal natychmiast poczuła silne parcie. Próbowała przygotować się do kąpieli, ale poród rozpoczął się tak szybko, że nie zdążyła ponownie dotrzeć do szpitala.

"Wpadłam do domu i prosto do łazienki. Odkręciłam ciepłą wodę, by już nalewała się do wanny i usiadłam na toalecie" – relacjonowała w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

Kobieta zauważyła krew, a chwilę później odeszły jej wody płodowe. Dziecko przyszło na świat gwałtownie i upadło na podłogę, uderzając główką o posadzkę.

"Lała się ze mnie krew" – wspominała pacjentka.

W mieszkaniu przebywała matka partnera Wiktorii, która od razu zajęła się noworodkiem i owinęła go w koce. Rodzina wezwała pogotowie ratunkowe. Matkę i jej synka przewieziono karetką do szpitala, gdzie mogli otrzymać niezbędną pomoc.

W sprawie przywołano także opinię doświadczonego ginekologa cytowanego przez "Gazetę Wyborczą". Według specjalisty poród mógł przebiegać z tak zwanym skurczem tężcowym, czyli wyjątkowo silnym, długotrwałym skurczem macicy, który mógł doprowadzić do gwałtownego wydalenia dziecka i łożyska.

Partner Wiktorii zdemolował oddział. Straty wyniosły 67 tys. zł

Kiedy Karol, partner Wiktorii, dowiedział się o krwawieniu i upadku noworodka na twardą podłogę, pojechał do szpitala. Według opisywanych relacji był przekonany, że jego bliscy znajdują się w stanie zagrożenia życia. Na miejscu doszło do incydentu.

Mężczyzna uszkodził wyposażenie szpitala, w tym drzwi na oddział, dystrybutor wody, gaśnicę i panel w windzie. Miał także kierować groźby pod adresem personelu oraz popchnąć jedną z położnych.

Jak wynika z informacji prokuratury przywołanych przez "Gazetę Wyborczą", wartość zniszczeń oszacowano na 67 tys. zł. Zachowanie Karola doprowadziło do postawienia go przed sądem.

Prokuratura wnioskowała o zastosowanie wobec niego trzymiesięcznego aresztu. Sąd nie przychylił się jednak do tego wniosku. W uzasadnieniu uwzględniono silne wzburzenie mężczyzny związane z dramatycznymi wydarzeniami dotyczącymi jego rodziny.

Szpital przedstawia inną wersję wydarzeń

Po nagłośnieniu sprawy pojawiły się rozbieżności między relacją pacjentki a stanowiskiem placówki. Dyrektor Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego, Elżbieta Mickiewicz-Dytko, miała oświadczyć, że Wiktoria sama chciała wrócić do domu.

Kobieta nie zgadza się z takim przedstawieniem sytuacji. Jak podaje "Gazeta Wyborcza", udostępniła dziennikarzom dokument wypisu, w którym znalazły się zalecenia dotyczące dalszego postępowania w domu. To właśnie przebieg badania, podjęte decyzje i sposób przekazania pacjentce informacji budzą pytania.

Wiktoria złożyła skargę do Rzecznika Praw Pacjenta. Jej sprawa dotyczy nie tylko tego, czy prawidłowo oceniono objawy zbliżającego się porodu, ale także tego, czy kobieta otrzymała odpowiednie informacje dotyczące swojego stanu.

Źródło: fakt.pl

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl