
Kobieta w 22. tygodniu ciąży trafiła karetką do Szpitala Południowego w Warszawie, gdzie – jak relacjonuje w rozmowie z Onetem – przez ponad trzy godziny czekała na badanie ginekologiczne. Jak wynika z jej relacji, odczuwała silny ból, a później okazało się, że doszło do pęknięcia macicy i ogromnego krwotoku wewnętrznego. Jej córka Michalinka urodziła się w stanie krytycznym i mimo dwugodzinnej reanimacji zmarła.
Ciężarna trafiła na SOR
Do dramatycznego zdarzenia doszło 21 czerwca, w niedzielę. Kobieta została przywieziona karetką na SOR Szpitala Południowego w Warszawie o godz. 14.23. Była w 22. tygodniu ciąży. Jak relacjonuje w rozmowie z Onetem, po przyjęciu została zapewniona, że ginekolog zbada ją niezwłocznie. Tak się jednak nie stało.
Według jej relacji lekarka pojawiła się dopiero o godz. 17.45. Miała ze sobą przenośne USG, a na oddział ginekologii ponownie zadzwoniła wcześniej pielęgniarka. Kobieta twierdzi, że przez cały ten czas bardzo cierpiała i wielokrotnie próbowała zwrócić uwagę personelu.
"Czekałam z umierającym dzieckiem w brzuchu kompletnie sama. Gdy mówiłam, że boli mnie przeraźliwie, nikt nie reagował" – relacjonuje kobieta w rozmowie z Onetem.
Z jej relacji wynika, że mniej więcej co pół godziny przywoływała kogoś z personelu, pytając, kiedy zostanie zbadana. Miała słyszeć, że pracownicy czekają na wyniki badań krwi.
Jak podaje Onet, kobiecie nie wykonano w tym czasie KTG ani USG. Tymczasem jej stan miał się pogarszać. W dokumentacji SOR jej stan został opisany jako "dobry". Później okazało się jednak, że kobieta straciła około trzech litrów krwi, a w jamie otrzewnej zgromadziło się ponad dwa litry krwi. Po operacji pozostało jej ponad 40 szwów i 17-centymetrowa blizna.
Zobacz także
Dopiero USG wykazało poważny problem
Kiedy w końcu doszło do badania, lekarz ginekolog zauważył, że tętno płodu wynosiło 90 uderzeń na minutę, podczas gdy prawidłowa wartość miała wynosić około 140–150. Lekarz stwierdził również obecność krwi w brzuchu. Podejrzewał pęknięcie macicy i zdecydowano o natychmiastowej operacji.
Wezwany chirurg potwierdził diagnozę i zlecił pilny zabieg. Wtedy rozpoczęła się walka o życie matki i jej dziecka. Podczas operacji okazało się, że worek owodniowy z dzieckiem przemieścił się przez pęknięcie macicy do jamy otrzewnej.
Michalinka została wyciągnięta z worka owodniowego. Zespół reanimacyjny przez dwie godziny próbował uratować dziewczynkę. Dziecko raz podjęło samodzielną próbę oddychania, jednak otrzymało 0 punktów w skali Apgar. Było niedotlenione i sine. Mimo prowadzonej reanimacji Michalinka zmarła.
Kiedy wokół kobiety nagle pojawiło się więcej osób i rozpoczęła się intensywna akcja ratunkowa, miała zapytać personel:
"Gdzie byliście przez te trzy godziny?".
Według jej relacji nie otrzymała odpowiedzi.
Kobieta zapowiada, że chce złożyć skargę do Rzecznika Praw Pacjenta. Rozważa również możliwość zgłoszenia sprawy prokuraturze.
"Mam niezgodę na to, jak traktowane są kobiety ciężarne w szpitalach" – podkreśla.
Dla rodziny najważniejsze pozostaje to, że Michalinka nie przeżyła, a jej matka po dramatycznej operacji została z poważnymi obrażeniami i traumą.
Źródło: wiadomosci.wp.pl




