
Przyzwyczailiśmy się, że jesienią i zimą dzieci trzeba przede wszystkim chronić przed zimnem, najlepiej dokładając im kolejną warstwę ubrania. Odpowiednio ubrane maluchy powinny wychodzić na dwór nawet jesienią i zimą, nawet na drzemki na tarasie. Kiedy zobaczyłam zdjęcie z olsztyńskiego żłobka, pomyślałam, że właśnie takiego podejścia do dziecięcej odporności i hartowania organizmu wciąż bardzo nam brakuje.
Dotlenienie to klucz do odporności
Odkąd jestem mamą przedszkolaków, wiem, że powiedzenie o brudnym i szczęśliwym dziecku jest prawdziwe jak mało które. Od zawsze pozwalam synom grzebać w piasku i ziemi, biegać po lesie i spędzać czas na łonie natury. Wierzę, że właśnie dzięki takim doświadczeniom dzieci lepiej się rozwijają, poznają otaczający je świat i uczą się przez bezpośredni kontakt z przyrodą.
Od dawna miałam też wrażenie, że takie podejście pozytywnie wpływa na ich odporność. Kontakt z drobnoustrojami, dotlenianie organizmu i doświadczanie różnych warunków pogodowych, nie tylko ciepła, ale i chłodu (oczywiście w kontrolowany sposób, bo kluczem jest dla mnie odpowiedni ubiór), mogą sprawiać, że dzieci po prostu mniej chorują.
Okazuje się, że moje przekonania znajdują potwierdzenie w wypowiedziach pediatrów. Prof. Feleszko w swoich mediach społecznościowych wielokrotnie podkreśla, że dzieci powinny doświadczać różnych warunków pogodowych. Ważne jednak, by były do nich odpowiednio ubrane.
O takim podejściu przypomina również jeden z ostatnich wpisów na Facebooku olsztyńskiego Sportowo-Językowego Przedszkola i Żłobka Norlandia Sielska.
Administratorzy profilu opublikowali zdjęcie, na którym dzieci ze żłobka ucinają sobie drzemkę na leżakach. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że leżaki ustawiono na tarasie, a maluchy są ubrane w ciepłe ubranka. Zdjęcie pochodzi z końca listopada. Pogoda wygląda na nim przyjemnie: świeci słońce, niebo jest bezchmurne, ale można przypuszczać, że temperatura nie należy już do najwyższych.
Podpis pod fotografią brzmi: "Ciepłe koce, świeże powietrze i szum wiatru do snu – tak wyglądają drzemki dzieci na żłobkowym tarasie".
W Polsce taki obrazek to wyjątek
Kiedy patrzę na to zdjęcie, przypominają mi się wszystkie relacje o tym, jak wygląda zwykły dzień w przedszkolach w Skandynawii. Tamtejsze warunki pogodowe jesienią i zimą bywają przecież znacznie trudniejsze niż w Polsce. Mimo to nikogo nie dziwi, że dzieci spędzają czas na zewnątrz niezależnie od aury.
Nikt nie przekonuje przedszkolaków ani ich rodziców, że jest zła pogoda na spacer, zabawę w lesie, ogrodzie czy parku. Rodzice, zapisując dziecko do placówki, otrzymują jasne wytyczne: maluch musi mieć na miejscu odpowiednią odzież na deszcz, śnieg i wiatr.
W Polsce jednak podejrzewam, że wielu rodziców na widok własnego dziecka śpiącego jesienią czy zimą na dworze zareagowałoby oburzeniem. Pojawiłyby się pretensje, złość, a może nawet oskarżenia, że nauczyciele chcą doprowadzić do tego, by dzieci się rozchorowały.
Nie ma przy tym większego znaczenia, że przebywanie na świeżym powietrzu i odpowiednie dostosowanie ubioru do pogody mogą wspierać zdrowie. Często wygrywają nasze przyzwyczajenia i przekonanie, że jesienią oraz zimą dziecko musi mieć czapkę, szalik i kolejną warstwę ubrania, nawet jeśli warunki wcale tego nie wymagają.
W komentarzach pod postem widać, że wielu rodziców jest zachwyconych takim podejściem i zasadami panującymi w placówce. Trzeba jednak pamiętać, że mówimy o niewielkim, prywatnym przedszkolu i żłobku. Rodzice, którzy zapisują tam dzieci, najpewniej od początku wiedzą, jakie podejście do spędzania czasu na świeżym powietrzu promuje placówka.
W publicznych przedszkolach wprowadzenie podobnych zasad mogłoby być znacznie trudniejsze. A szkoda. Być może gdybyśmy nieco zmienili nasze myślenie o jesiennych i zimowych spacerach, dzieci rzadziej spędzałyby ten czas zamknięte w salach. Może przy okazji także my, rodzice, zaczęlibyśmy inaczej patrzeć na dbanie o odporność, aktywność na świeżym powietrzu i zwykłe dotlenianie organizmu.
Zobacz także




