
Myślałam, że kłótnie o Halloween mamy już za sobą i każdy może świętować po swojemu. Tymczasem w przedszkolu córki mojej przyjaciółki Halloween zamieniono na bal dyni, bo dla części rodziców sama nazwa była nie do przyjęcia. Tylko czy zmiana nazwy coś zmienia, skoro dzieci i tak chcą przebierać się za duchy i czarownice?
Myślałam, że każdy już robi swoje
Wydawało mi się, że kłótnie o Halloween mamy już za sobą. Że każdy może zdecydować, czy chce świętować, przebierać dzieci za czarownice i oglądać z nimi filmy o duchach. Tymczasem w przedszkolach temat wciąż żyje – np. u dziecka mojej przyjaciółki. Tam okazało się, że Halloween jest na tyle kontrowersyjne, że trzeba je przemianować na święto dyni.
Sama nie widzę nic złego w Halloween. Nie uważam też, że ta zabawa wyklucza zadumę nad grobami bliskich, pamięć o zmarłych i celebrowanie 1 listopada. Jedno nie musi przecież oznaczać rezygnacji z drugiego. W naszym domu potrafimy znaleźć miejsce na jedno i drugie, bez poczucia, że musimy wybierać między dobrą zabawą a szacunkiem dla tradycji.
Halloween lubimy w wersji rodzinnej, na wesoło. Są przebieranki, straszne filmy, przekąski w kształcie duchów, dynie i nietoperze z papieru jako ozdoby. Dzieci mają frajdę, a ja nie widzę powodu, żeby zakazywać im okazji do zabawy.
Jednocześnie doskonale rozumiem, że nie wszyscy mają ochotę na takie zabawy. W naszym bloku mieszkają starsi ludzie, którzy niekoniecznie są przekonani do Halloween. Nie chodzimy po mieszkaniach w poszukiwaniu cukierków, nie namawiamy nikogo do świętowania i nie oczekujemy, że cały świat dostosuje się do naszych pomysłów. Chcemy się pobawić u siebie i tyle.
Dlatego byłam przekonana, że podobnie wygląda to w większości rodzin. Jedni świętują, inni nie. Można się różnić, nie robiąc z tego wojny o przyszłość naszych dzieci.
W przedszkolu temat nagle umarł
Ostatnio przyjaciółka opowiedziała mi, jak to było z Halloween w przedszkolu jej córki. Do tej pory jakoś udawało się omijać to święto. W tym roku najpierw nauczycielki zapytały rodziców, czy chcieliby żeby zorganizować dzieciom zabawę muzyczną, coś w rodzaju przedszkolnej dyskoteki. Pomysł wydawał się fajny, dzieci mogłyby potańczyć, pobawić się i spędzić razem czas.
Potem jednak temat ucichł. Nie wiem, co dokładnie się wydarzyło i kto miał najwięcej do powiedzenia, ale podejrzewam, że pojawiły się głosy sprzeciwu wobec Halloween jako rzekomo szatańskiego święta. Ostatecznie stanęło na święcie dyni i dyniowym balu przedszkolaków.
I tu robi się śmiesznie, bo przecież dzieciom najpierw mówiono o imprezie Halloween. One teraz mają przestać lubić duchy, czarownice i potwory tylko dlatego, że dorośli zmienili nazwę imprezy. Wg mnie przedszkolaki nadal będą chciały założyć kostiumy, pomalować twarze i trochę się postraszyć. Tyle że teraz wszystko odbędzie się pod nazwa balu dyni.
Zobacz także
Dzieci się bawią, dorośli prowadzą wojnę
Nie mam nic przeciwko balom przebierańców – niezależnie czy to święto dyni czy Halloween. Nie rozumiem jednak potrzeby udawania, że problem zniknął, bo znaleźliśmy dla niego bardziej akceptowalną nazwę. Jeśli ktoś nie chce, by jego dziecko uczestniczyło w zabawie halloweenowej, ma do tego prawo. Tak samo jak inni rodzice mają prawo nie widzieć w niej niczego złego.
Najbardziej szkoda mi w tym wszystkim dzieci, które przecież nie muszą rozumieć tych sporów dorosłych. Dla nich to po prostu okazja, żeby się przebrać, potańczyć i pobawić z kolegami.
Nie zastanawiają się, czy dynia jest bezpieczniejsza ideologicznie o od ducha ani czy czarownica na balu oznacza "odrzucenie rodzinnych tradycji". Może warto byłoby sprawić, że nagle jakaś okazja nie stanie się również dla dzieci powodem do jakichś sporów...




