
W weekend jedna z naszych czytelniczek odwiedziła park Halloween przy Forcie Wola w Warszawie i zobaczyła scenę, która nie dała jej spokoju. Około 3-letni chłopiec wpadł w panikę na widok zakrwawionych figur i wisielców, a rodzice, stojąc z nim przed wejściem, bardzo zachęcali go, żeby wszedł do środka. I naprawdę nie mogę przestać się zastanawiać: w którym momencie dorośli uznali, że warto przekonywać dziecko do "rozrywki", która go po prostu przeraża.
Najpierw myślała, że to część przedstawienia
Weekend, park Halloween w Warszawie, tłum ludzi, dekoracje, krzyki, muzyka i cała ta atmosfera, którą organizatorzy budują po to, żeby odwiedzający poczuli dreszczyk emocji. Jedni przyszli się pośmiać, inni przestraszyć, jeszcze inni zrobić sobie zdjęcie na tle upiornych dekoracji. Wszystko zgodnie z planem.
W pewnym momencie przez ten cały rozgardiasz przebiło się wycie. Nie zwykły dziecięcy płacz, nie marudzenie, bo ktoś nie dostał waty cukrowej albo nie może wejść na karuzelę.
To był krzyk naładowany takim przerażeniem, że przez pierwszą chwilę nasza czytelniczka pomyślała, że to nagranie puszczane z głośników. W końcu Halloween rządzi się swoimi prawami. Dźwięki mają straszyć, a atmosfera ma przyprawiać o gęsią skórkę. Tyle że to wcale nie był żaden efekt specjalny.
Po chwili zobaczyła, skąd dochodzi ten dźwięk. Było to małe dziecko, na oko około trzech lat, które płakało i krzyczało. Było wyraźnie przerażone. Znajdowało się przed wejściem do atrakcji, w pobliżu upiornych dekoracji, zakrwawionych postaci i wisielców. Nie było w środku strasznego domu. Nie przechodziło przez kolejne pomieszczenia. Stało przed wejściem, a to, co widziało z zewnątrz, najwyraźniej już wystarczyło, żeby wywołać w nim ogromny strach.
Dla dorosłego te postaci mogły być tylko atrapami i czymś, co po sezonie zostanie spakowane do kartonów. Dla tego malucha najwyraźniej wyglądały znacznie bardziej realnie.
Rodzice byli przy nim, nie zostawili go samego. Próbowali go uspokoić, ale jednocześnie bardzo zachęcali do wejścia. Namawiali, przekonywali, próbowali skłonić go do przekroczenia progu, mimo że dziecko wyraźnie nie chciało tam iść.
I właśnie wtedy pojawiło się w mojej głowie pytanie: po co?
3-latek nie przyszedł tam, żeby udowodnić, że jest odważny
Nie trzeba być psychologiem dziecięcym, żeby zrozumieć podstawową rzecz: jeśli trzylatek krzyczy, płacze, wyraźnie się boi i nie chce wejść do środka, to nie jest dobry moment na przekonywanie go, że powinien być dzielny. To jest moment, w którym dorosły powinien się zatrzymać i zobaczyć, co dzieje się z jego dzieckiem.
Zobacz także
Nie wiem, co dokładnie myśleli rodzice tego malucha. Nie znam ich motywacji, nie wiem, czy wcześniej rozmawiali z dzieckiem o tym, dokąd jadą, ani czy sami spodziewali się takiej reakcji. Być może byli zaskoczeni. Mogli sądzić, że dziecko po chwili się oswoi. Może chcieli pokazać mu, że dekoracje nie są prawdziwe i nie ma się czego bać.
Ale nawet jeśli ich intencje były dobre, pozostaje zasadnicze pytanie: dlaczego jego reakcja nie wystarczyła, żeby przestać namawiać go do wejścia?
Nie chodzi o to, że rodzice nie mieli prawa stać przed atrakcją z trzyletnim dzieckiem. Nie chodzi też o to, że ktoś powinien zabronić im przebywania w tej części parku. Chodzi o coś znacznie prostszego: skoro dziecko tak bardzo się bało, to dlaczego dorośli tak mocno starali się przekonać je do wejścia?
Czasami mam wrażenie, że dorośli tak bardzo chcą zrealizować swój plan, że przestają zauważać, co dzieje się tuż przed ich oczami. Kupili bilety, przyjechali, chcieli przeżyć atrakcję całą rodziną. Skoro już tu są, szkoda przecież rezygnować. Może dziecko zaraz się uspokoi. Może jeszcze chwilę i będzie dobrze. Może trzeba je tylko zachęcić. Tyle że dziecko nie musi uczestniczyć w każdej atrakcji tylko dlatego, że dorośli uznali ją za odpowiednią dla siebie.
Bilet nie daje rodzicom powodu, by ignorować dziecięcy strach. Nie daje go również przekonanie, że przecież nic złego się nie dzieje. Bo coś się dzieje, właśnie teraz. W tym małym człowieku, który najwyraźniej nie radzi sobie z tym, co widzi.
Czy to już znęcanie psychiczne?
Wiem, że to mocne słowa, ale kiedy słyszę, że małe dziecko jest w takim stanie, trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego. Nie twierdzę, że na podstawie jednej sceny można prawnie stwierdzić znęcanie się psychiczne. Nie znam całej sytuacji. Nie wiem też, co wydarzyło się później.
Jednak warto powiedzieć wprost: uporczywe ignorowanie silnego strachu dziecka i namawianie go do wejścia w sytuację, która wyraźnie je przerasta, nie jest dobrym sposobem wspierania malucha.
Dzieci oczywiście doświadczają trudnych emocji. Nie możemy i nie powinniśmy usuwać z ich życia wszystkiego, co wywołuje niepokój. Czasami trzeba pójść do lekarza, rozstać się rano w przedszkolu, spróbować nowej rzeczy albo zmierzyć się z czymś nieznanym.
Rodzicielstwo nie polega na tym, żeby za każdym razem natychmiast usuwać wszystkie przeszkody. Ale jest zasadnicza różnica między wspieraniem dziecka w trudnej sytuacji a przekonywaniem go do udziału w atrakcji, która nie jest mu do niczego potrzebna i wywołuje u niego panikę.
Jeśli maluch boi się wejść do gabinetu lekarskiego, rodzic może go przytulić, wyjaśnić, co się wydarzy, i pomóc mu przejść przez konieczne badanie. Jeśli trzylatek panicznie boi się halloweenowych dekoracji, można po prostu odejść.
Nie ma tu żadnej życiowej lekcji, której nie dałoby się przekazać inaczej. Nie ma obowiązkowego egzaminu z odwagi ani medalu za to, że dziecko w końcu przestanie płakać.
Jest za to dorosły, który może pokazać: kiedy się boisz, nie jesteś sam. Możesz na mnie liczyć. Nie musisz udowadniać mi, że jesteś dzielny.




