
Jeszcze niedawno szkoła publiczna była jednym z niewielu miejsc, w których spotykały się dzieci z bardzo różnych domów. Dziś coraz więcej rodziców, jeśli tylko pozwala im na to portfel, szuka alternatywy: szkoły prywatnej albo edukacji domowej. Problem w tym, że im więcej osób może sobie "kupić" wyjście z publicznego systemu edukacji, tym mniej wyboru zostaje tym, których na taki ruch nie stać.
Coraz więcej rodziców szuka alternatywy
O problemach polskiej szkoły publicznej mówi się od dawna. Rodzice narzekają na przeładowany program, brak indywidualnego podejścia, braki kadrowe, organizacyjny chaos i kolejne reformy, które wprowadzają osoby, które nigdy nie pracowały w szkole, więc nie znają edukacyjnych realiów.
Nic dziwnego, że część rodzin zaczyna szukać alternatyw. Czasami – jeśli ich stać – wybierają prywatne szkoły albo decydują się na edukację domową. Są i tacy, którzy zostawiają dziecko w szkole publicznej, ale płacą za korepetycje, specjalne warsztaty czy kursy przygotowujące do czy dalszych etapów edukacji.
Skala zmian jest coraz bardziej widoczna. Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej udział uczniów szkół niepublicznych wśród wszystkich uczniów szkół podstawowych wzrósł z 5,9 proc. w roku szkolnym 2024/2025 do 6,1 proc. w 2025/2026. To nadal mniejszość, ale kierunek jest wyraźny, szczególnie że w wielu miastach szkół prywatnych, gdzie obiecuje się indywidualne podejście lub wsparcie dla neuroatypowości jest coraz więcej. .
O zjawisku odpływu uczniów z publicznego systemu szerzej pisał Michał Radziszewski na łamach "Rzeczpospolitej". Tekst został później przedrukowany przez Klub Jagielloński. Autor zwraca uwagę, że alternatywą dla szkoły publicznej stają się nie tylko szkoły niepubliczne, ale również edukacja domowa i płatne formy wsparcia.
Autor mówi o ważnej kwestii i zjawisku odpływu uczniów z publicznego systemu na rzecz sektora prywatnego. To nie znaczy, że niepubliczne szkoły trzeba piętnować. Jeśli rodzic uważa, że właśnie tam jego dziecko będzie miało lepsze warunki, więcej wsparcia czy po prostu będzie czuło się lepiej, ma prawo dokonać takiego wyboru. Tu problemem jest fakt, że możliwość wyboru szkoły nie jest rozłożona równo w społeczeństwie.
Rodzina, której nie stać na czesne, ma znacznie mniej możliwości edukacyjne. Może próbować zmienić szkołę publiczną, jeśli w okolicy jest inna placówka. Może płacić za pojedyncze korepetycje, jeśli budżet na to pozwala. Są więc i tacy rodzice, który wiedzą, że muszą sobie (i ich dziecko) jakoś poradzić w publicznym systemie, nawet jeśli ten nie jest wspierający ucznia.
To właśnie dlatego rosnąca popularność prywatnej edukacji powinna prowadzić do refleksji – jeśli w publicznych placówkach jest tak źle, że kto tylko ma możliwość, to z nich odchodzi to może należałoby się przyjrzeć powodom odpływu.
Co zostanie w publicznej szkole
Niepokojący scenariusz zaczyna się wtedy, gdy odejście części uczniów stanie się oczywistością – że ci, których stać zawsze będą wybierali szkoły prywatne. Jeżeli z publicznych szkół stopniowo znikają uczniowie z rodzin, które mogą pozwolić sobie na czesne, przeprowadzkę, dojazdy czy kosztowne zajęcia dodatkowe, system zacznie się zmieniać.
Nie chodzi o prosty podział na "bogatych" i "biednych". Dziecko z prywatnej szkoły nie jest przecież automatycznie uprzywilejowane, a publiczna szkoła nie jest z definicji gorsza. Są świetne szkoły publiczne i bardzo słabe szkoły prywatne. Przy początkowym odpływie faktycznie indywidualne podejście do edukacji czy "wyższy poziom" mogły mieć znaczenie, ale przy tak dużej fali ta motywacja staje się fikcją.
Chodzi też o jeszcze jedną rzecz: szkoła publiczna może stopniowo tracić różnorodność. Przez lata była miejscem, w którym spotykały się dzieci z różnych środowisk. W jednej klasie mogły siedzieć dzieci lekarza, kierowcy, nauczycielki, przedsiębiorcy czy kasjerki. Miały różne doświadczenia, różne możliwości i różne spojrzenie na świat i to uczyło ich też życia w zróżnicowanym społeczeństwie.
Jeśli coraz więcej rodzin zacznie wybierać placówki według możliwości finansowych, przestaniemy mieć w publicznych szkołach do czynienia z różnorodnością, a otwartym podziałem klasowym. Dzieci będą dorastały w coraz bardziej jednorodnych środowiskach. Edukacyjne bańki mogą zacząć powstawać bardzo wcześnie.
Zobacz także
Dobra edukacja coraz częściej kosztuje
Problem widać nie tylko w liczbie szkół prywatnych. Rośnie także znaczenie edukacji domowej i płatnych zajęć dodatkowych. Dziś już mało kto niekorzystna choćby z dodatkowych zajęć z języka angielskiego czy matematyki – szkoły przyzwyczaiły się, że poziom nauczania nie musi być wybitny, bo uczniowie i tak korzystają z dodatkowych lekcji.
W przypadku edukacji domowej zwykle jest ona wyborem tych, którzy pracują zdalnie, podróżują itp. i stać ich na samodzielne nauczanie dziecka lub opłacanie nauczycieli prowadzących ucznia indywidualnie.
Według danych MEN liczba uczniów korzystających z edukacji domowej wzrosła z około 11,3 tys. w roku szkolnym 2019/2020 do ponad 62 tys. w 2024/2025. Oczywiście nie oznacza to, że wszyscy ci uczniowie odeszli ze szkoły z powodu jej problemów. Powody wyboru edukacji domowej są różne. Pokazuje to jednak, że tradycyjny model edukacji jest wybierany coraz rzadziej, co powinno być powodem do niepokoju dla ekspertów.
Bo dziś efekt jest taki, że edukacja być może jest formalnie bezpłatna, ale dobre wyniki w nauce, świetnie zdane egzaminy czy wstęp na najlepsze uczelnie jest tylko dla elity, którą stać na prywatne szkoły czy indywidualną naukę. I tu pojawia się najbardziej niewygodne i trudne pytanie: co będzie, jeśli publiczna szkoła zacznie być postrzegana jako miejsce dla tych, których nie stać na alternatywę?
Najbardziej ucierpią ci, którzy nie mają wyboru
Nie chodzi o to, żeby zabierać rodzicom prawo do wyboru szkoły, wręcz przeciwnie. Rodzic powinien mieć możliwość zdecydowania, gdzie i w jaki sposób jego dziecko będzie się uczyć.
Problem zaczyna się wtedy, gdy dobra edukacja staje się dobrem coraz bardziej zależnym od zasobności portfela.
Jeżeli najlepsi nauczyciele będą przechodzić tam, gdzie mogą liczyć na lepsze warunki, a część rodzin będzie zabierać dzieci z publicznych szkół, system może coraz mocniej się rozwarstwiać. Ci, których stać, oczywiście przepiszą dzieci do miejsc, gdzie dostaną zapewnienie o wyższym poziomie edukacji i lepszym podejściu do uczniów. Ci, których nie stać, zostaną z tym, co jest dostępne w ich okolicy.
Dziś to zjawisko jest sygnałem, że w przyszłości rozwarstwienie być może będzie jeszcze większe, co nie ułatwi przygotowania nie tylko do egzaminów, ale i późniejszego życia w różnorodnym przecież społeczeństwie.
Źródło: rp.pl, klubjagiellonski.pl, sejm.gov.pl




