
Przedszkolne święta potrafią zaskoczyć rodziców bardziej niż dzieci. Wystarczy wiadomość wieczorem, że następnego dnia jest Dzień Kropki, a w domu rozpoczyna się poszukiwanie ubrań w grochy i domowe DIY. Czy każda przedszkolna okazja musi oznaczać kolejne zadanie dla rodziców? Przyznaję, ja takich akcji "na hurra" mam po dziurki w nosie.
Przedszkolne święta, o których nikt nie wie
Kalendarz przedszkolny zaczyna przypominać kalendarz świąt państwowych. Dzień Misia, Dzień Dinozaura, Dzień Piżamy, Dzień Kolorowej Skarpetki, Dzień Ziemniaka…
Człowiek już nie wie, czy rano ubiera dziecko do przedszkola, czy przygotowuje stylizację dla aktora grającego w sztuce teatralnej. A potem przychodzi wiadomość na grupie przedszkolnej: "Jutro Dzień Kropki, prosimy, żeby dzieci miały ubrania w kropki". I zaczyna się akcja ratunkowa.
Bo umówmy się: kto ma w domu tak po prostu ubrania w kropki dla dziecka? Może ktoś ma, gratuluję. U mnie, jako mamy dwóch chłopców, kropki na ubraniach pojawiają się mniej więcej tak często jak białe, czyste spodnie po obiedzie. Czyli prawie nigdy.
Dzień Kropki sam w sobie jest przecież całkiem sympatycznym pomysłem. Ma zachęcać dzieci do kreatywności, pokazywać, że każdy ma swoje talenty, uczyć współpracy i tego, że od małego pomysłu może zacząć się coś większego. Wszystko pięknie i nie mam nic przeciwko kropkom. Mam natomiast coś przeciwko temu, że każda taka okazja zaczyna się coraz częściej od pracy domowej dla rodzica.
Bo jeśli informacja pojawia się dzień wcześniej, to co ma zrobić człowiek, który nie posiada w szafie odpowiedniej garderoby? Oczywiście uruchamia tryb "DIY". Flamastry do malowania na ciuchach, kreda, papier, nożyczki, klej.
Ja sama nie raz po prostu malowałam chłopakom kropki na zwykłych T-shirtach. Bywało też, że panie w przedszkolu wycinały z dziećmi kolorowe kółka z papieru i przyklejały je na bluzki. I super. Dziecko miało frajdę, bo coś zrobiło własnymi rękami.
Zobacz także
To placówka ma pracować z dziećmi
Mam wrażenie, że gdzieś po drodze trochę się zagalopowaliśmy. Wystarczy zajrzeć na Instagram czy TikToka. Dzień Kropki potrafi wywołać emocje większe niż niejedna debata parlamentarna. Jedni rodzice pokazują, jak własnoręcznie ozdobili dzieciom ubrania, inni kupują specjalne stroje.
Jeszcze inni piszą, że absolutnie nie będą brać udziału w tym cyrku. Potem pojawiają się komentarze, że jedni przesadzają, drudzy są roszczeniowi, trzeci nie wspierają dzieci, a czwartym najwyraźniej brakuje kreatywności. I nagle mamy sytuacje, w której zamiast świętowania przez dzieci, że każdy jest wyjątkowy, to dorośli kłócą się o to, kto ma rację w podejściu do przedszkolnego święta.
Rozumiem też rodziców, którzy mają już zwyczajnie dość. Bo ile razy w roku można kupować, wycinać, kleić, malować, przynosić, przebierać i przygotowywać? Jednego dnia coś w kolorze żółtym, następnego piżama, potem książka, owoc, nakrycie głowy, materiał do pracy plastycznej, a za chwilę pewnie Dzień Czegoś, O Czym Jeszcze Nie Słyszeliśmy.
Z drugiej strony rozumiem też nauczycielki. Takie dni mogą być świetnym pretekstem do wspólnej zabawy. Dzieci uczą się, że grupa może się na coś umówić, że można zrobić coś razem i dotrzymać umowy. To nie musi być bezwartościowa fanaberia. Tylko może naprawdę nie wszystko musi być obowiązkiem rodzica.
Jeśli przedszkole chce mieć Dzień Kropki, świetnie. Niech dzieci robią kropki na miejscu. Niech wycinają je z papieru, malują farbami, wyklejają, liczą, układają z nich obrazki. Niech to będzie ich święto, a nie kolejny projekt do wykonania przez mamę po pracy.
Bo ja swoje kropki chłopakom namaluję, jak zawsze. Ale jeśli pewnego dnia usłyszę, że na jutro potrzebna jest cała lista rzeczy do świętowania Dnia Kropki, to chyba zacznę podejrzewać, że w tym przedszkolu ktoś naprawdę nienawidzi rodziców.




