
Wszawica w przedszkolu pojawiła się w naszej grupie niemal natychmiast po rozpoczęciu roku. Informacja na grupie rodziców wywołała u mnie złość, ale też sporo refleksji, bo za każdym takim przypadkiem stoją nie tylko wszy i gnidy, lecz także czas, pieniądze oraz konieczność organizowania opieki nad dzieckiem. Trudno jednak nie zastanawiać się, co dzieje się z odpowiedzialnością za całą grupę.
Niecały tydzień przedszkola, a już mamy wszawicę
Nie minął nawet tydzień od rozpoczęcia przedszkola, a dostałam wiadomość na Messengerze, której zdecydowanie nie miałam ochoty czytać. Na grupie rodziców pojawiła się informacja, że w naszej grupie jest wszawica i panie proszą o regularne sprawdzanie dzieciom głów. Trudno o lepszy sposób na przypomnienie, że wrzesień właśnie się zaczął i razem z przedszkolem wróciły wszystkie jego uroki. Trochę jakbyśmy od pierwszych dni musieli dostać "obuchem w łeb".
Przyznam, że pierwszą myślą było zaskoczenie. Ledwo dzieci zdążyły się przyzwyczaić do nowej sali, nowej nauczycielki i porannego wstawania, a my mamy sprawdzać, czy po ich głowach nie spacerują wszy.
Mój syn ma bardzo krótkie, jasne włosy, więc w jego przypadku nie wpadam w panikę. Sprawdzenie głowy zajmuje chwilę i na szczęście nie muszę zastanawiać się, jak przebrnąć przez gęstą czuprynę pełną gnid. Ale doskonale rozumiem rodziców dziewczynek z długimi, gęstymi włosami. Tam sprawa wygląda zupełnie inaczej. Dokładne sprawdzenie włosów, wyczesanie wszy i gnid, powtórzenie całej procedury i pilnowanie, czy problem rzeczywiście zniknął, potrafi być bardzo uciążliwe.
Do tego dochodzą preparaty. Szampony, płyny, grzebienie i kolejne środki, które mają pomóc pozbyć się nieproszonych lokatorów. To nie są przecież zakupy, które większość rodziców planuje w swoim budżecie na początku roku szkolnego.
Najbardziej zirytowało mnie jednak coś innego. Bo zapomniałam napisać na początku, że to nie jest pierwszy przypadek wszawicy w tej grupie.
Naprawdę trudno nie pomyśleć o odpowiedzialności rodziców. Jeżeli rodzic wie, że jego dziecko ma wszy, a mimo to wysyła je do przedszkola, bo przecież jakoś trzeba przeżyć dzień w pracy, to trudno udawać, że nic się nie stało. W ten sposób problem jednej rodziny staje się problemem kilkunastu kolejnych.
Zobacz także
Rodzice mają gdzieś dobro całej grupy
Jedno dziecko przynosi wszy do przedszkola, ale logiczne jest, że zostają zarażone kolejne. Rodzice sprawdzają głowy, kupują preparaty, poświęcają czas na leczenie i wyczesywanie. Dziecko wraca do przedszkola, a po kilku dniach okazuje się, że problem znowu się pojawił. I zaczynamy od początku. To rzeczywiście może być walka z wiatrakami.
Nie zamierzam jednak udawać, że każdy przypadek wszawicy oznacza lekceważenie problemu przez rodziców. Czasem wszy można przeoczyć. Dziecko nie musi od razu intensywnie się drapać, a rodzic nie ma obowiązku codziennie oglądać skóry głowy pod lupą. Można naprawdę nie wiedzieć w pierwszych dniach, że dziecko zostało zarażone.
Jest jeszcze coś, o czym łatwo zapomnieć, kiedy z oburzeniem patrzymy na rodziców, którzy mają dziecko z wszawicą. Nie każdy może sobie pozwolić na to, żeby przez kilka dni zostać w domu. Nie każdy ma pracę, w której wystarczy wysłać wiadomość, że dzisiaj jednak nie przyjdzie. Nie każdy ma możliwość pracy zdalnej, pomoc dziadków czy drugiego rodzica, który w każdej chwili może przejąć opiekę.
I dlatego nie chcę urządzać polowania na winnych. Chcę natomiast, żebyśmy przestali udawać, że problemu nie ma. Jeśli wiemy, że dziecko ma wszy, naprawdę nie wysyłajmy go do przedszkola z nadzieją, że może nikt nie zauważy. Bo zauważy. Tylko być może dopiero wtedy, kiedy wszy znajdą sobie nowe głowy do zamieszkania.
I nie chodzi nawet wyłącznie o pieniądze czy dodatkową robotę. Chodzi o zwykłą przyzwoitość wobec innych rodziców. Każdy z nas ma pracę, obowiązki, plany i własne problemy. Nikt nie marzy o tym, żeby po odebraniu dziecka z przedszkola zamiast przygotowywać kolację, pomagać w odrabianiu lekcji czy szykować ubrania na następny dzień, przez godzinę wyczesywać włosy i zastanawiać się, czy właśnie znaleźliśmy gnidę, czy to może jakieś paproszki.
Zamiast zawstydzać rodziców, powinniśmy po prostu wymagać odpowiedzialności. Zauważyłeś problem, reagujesz. Podejrzewasz, że dziecko może mieć wszy, sprawdzasz. Wiesz, że je ma, leczysz je i nie narażasz kolejnych dzieci.
Bo naprawdę nie chcę, żeby informacja o wszawicy była pierwszą z całej serii wiadomości na naszej grupie. A mam nieprzyjemne przeczucie, że jeśli wszyscy nie potraktujemy tego poważnie, za kilka dni zamiast jednej informacji o wszach będziemy czytać kolejne wiadomości od rodziców, którzy właśnie odkryli je u swoich dzieci.




