
Nowy rok szkolny przyniósł uczniom nie tylko zmiany w programie nauczania, ale też kolejne problemy z planami lekcji. Część dzieci nadal spędza w szkołach długie godziny, a w niektórych placówkach lekcje odbywają się na dwie zmiany. Tymczasem MEN przyznaje, że nie prowadzi ogólnopolskiego monitoringu, który pozwoliłby sprawdzić skalę tego problemu.
Przeciążone plany i lekcje w zmianach
Rok szkolny 2026/2027 rozpoczął się, a wraz z nim rodzice kolejny raz zaczęli załamywać ręce nad planami lekcji swoich dzieci. Bo mimo zmiany programu nauczania i deklaracji Ministerstwa Edukacji Narodowej o odciążeniu uczniów oraz większym skupieniu na praktyce zamiast teorii, wielu uczniów nadal niestety jest zmuszonych spędzać w szkołach długie godziny.
Wynika to między innymi z faktu, że reforma, która weszła w życie we wrześniu 2026 roku, dotyczy na razie tylko uczniów klas I i IV szkoły podstawowej. Kolejne roczniki będą obejmowane zmianami dopiero w następnych latach. Dlatego u starszych uczniów, np. 8-klasistów, nadal można spotkać mocno przeładowane plany zajęć.
Pisaliśmy już o sytuacjach, w których uczniowie spędzają w szkole więcej czasu niż ich rodzice w pracy. Trudno nie zauważyć absurdu takiej sytuacji, szczególnie że w tym wieku przepisy prawa pracy pozwalają dziecku na wykonywanie pracy w minimalnym wymiarze dwóch godzin, i to wyłącznie w określonych miejscach, np. placówkach kulturalnych.
Tymczasem problemem nie są wyłącznie rozbudowane plany lekcji. W wielu szkołach dodatkowym wyzwaniem jest system zmianowy. Małe wiejskie placówki, w których z powodu sytuacji demograficznej brakuje uczniów, muszą mierzyć się z widmem likwidacji. W miastach sytuacja często wygląda odwrotnie – tam, gdzie uczniów jest zbyt wielu, dyrekcje są zmuszone organizować zajęcia w systemie zmianowym.
W efekcie zdarza się, że pierwszoklasiści od rana spędzają czas w świetlicy, ponieważ ich rodzice pracują, następnie mają lekcje od godz. 12:00 do 16:30, a po powrocie do domu muszą jeszcze znaleźć siłę na naukę, odrabianie prac domowych czy zajęcia dodatkowe. Dla kilkuletniego dziecka taki dzień może być po prostu bardzo wyczerpujący.
MEN nie sprawdza, ile szkół pracuje na dwie zmiany
Problem jest tym większy, że trudno dziś nawet dokładnie określić jego skalę. Ministerstwo Edukacji Narodowej nie prowadzi bowiem ogólnopolskiego monitoringu szkół pod kątem pracy w systemie zmianowym. Resort nie ma więc konkretnych danych pokazujących, ilu uczniów każdego dnia zaczyna lekcje później i kończy je w godzinach popołudniowych.
O tę kwestię po raz kolejny zapytał MEN poseł Marcin Józefaciuk. Parlamentarzysta zwrócił uwagę, że resort wcześniej przekonywał, iż dwuzmianowość nie jest w polskich szkołach zjawiskiem powszechnym, jednak nie wskazał danych, na których opierał taką ocenę. Poseł chciał również wiedzieć, czy ministerstwo zamierza wreszcie dokładnie zbadać problem.
Odpowiedź wiceministra edukacji Henryka Kiepury nie pozostawia większych wątpliwości. Ocena, że szkoły pracujące w systemie zmianowym stanowią ograniczoną część placówek, nie wynikała z osobnego badania statystycznego ani prowadzonego przez MEN monitoringu.
Resort przyznaje również, że nie ma nawet jednej oficjalnej definicji dwuzmianowości. Przepisy oświatowe nie określają bowiem dokładnie, kiedy szkołę można uznać za pracującą na dwie zmiany. O tym, jak długo uczniowie przebywają w placówce, decyduje wiele czynników: liczba dzieci, dostępność sal, liczba nauczycieli czy sposób ułożenia planu lekcji. Resort edukacji przyznał, że nie zamierza się w to mieszać, bo to indywidualne kwestie dla każdej placówki.
Zobacz także
W nowym roku szkolnym MEN tego nie sprawdzi
Rodzice, którzy liczyli na to, że wraz z rozpoczęciem roku szkolnego 2026/2027 resort dokładniej przyjrzy się problemowi, mogą być rozczarowani. Ministerstwo nie planuje bowiem ogólnopolskiego badania wszystkich szkół podstawowych pod kątem dwuzmianowości.
Oznacza to, że nadal nie wiadomo, ile placówek rzeczywiście pracuje w takim systemie, ilu uczniów dotyczy problem ani jak wielu z nich regularnie kończy lekcje po godz. 16:00 czy 17:00. Nie będzie też ogólnopolskiego zestawienia pokazującego, w których szkołach dzieci zaczynają zajęcia najpóźniej.
MEN podkreśla jednocześnie, że podejmuje działania, które mają sprzyjać organizowaniu pracy szkół w systemie jednozmianowym. Nie oznacza to jednak, że jednozmianowość wszystkich podstawówek została wyznaczona jako konkretny cel polityki edukacyjnej z określonym terminem jego realizacji.
I właśnie tutaj pojawia się problem. Z jednej strony rodzice słyszą o odciążaniu uczniów i zmianach mających sprawić, że szkoła będzie lepiej odpowiadała na ich potrzeby. Z drugiej – część dzieci nadal spędza w budynku szkoły większość dnia, a państwo nie prowadzi nawet dokładnego monitoringu tego zjawiska.
Dla rodzica nie ma przy tym większego znaczenia, czy jego dziecko formalnie chodzi do szkoły "na dwie zmiany". Znaczenie ma to, że siedmiolatek wychodzi z domu rano, kilka godzin spędza w świetlicy, później ma lekcje do późnego popołudnia, a po powrocie czekają go jeszcze obowiązki i zajęcia dodatkowe. Nazwa systemu jest drugorzędna. Problemem pozostaje czas, jaki dziecko spędza w szkole.
Źródło: portalsamorzadowy.pl, sejm.gov.pl




