
Na wakacjach nie zawsze trzeba zwiedzać, planować i odhaczać kolejne atrakcje. Czasem najlepszym urlopem są basen, lody, plaża i książka czytana na leżaku. Sama długo walczyłam z poczuciem, że rodzinne wakacje powinny być bardziej aktywne i wartościowe.
Urlop marzeń dla każdego ma inną definicję
Kiedy moja szwagierka wróciła z wakacji, spotkałyśmy się przy kawie. Byłam pewna, że usłyszę opowieści o pięknych miejscach, które zobaczyli, restauracjach, do których poszli, i atrakcjach, które zaliczyli razem z córką. Ich córka ma już siedem lat i jest więc na tyle duża, żeby coś zobaczyć, coś zapamiętać, przejść dłuższy kawałek bez marudzenia.
A do tego jest ich troje – dwoje rodziców i jedno dziecko. W mojej głowie to był niemal przepis na udany, aktywny urlop. Bo kiedy porównuję to z moją rodziną, gdzie jest troje facetów: dwóch synów i mąż, to myślę sobie, że u nas byłoby trudniej, bo to zwykle ja muszę się dostosować do "męskiej energii".
Tymczasem szwagierka powiedziała mi: "Wiesz co? Prawie nigdzie nie byliśmy. Basen, lody, jedzenie i plaża" – przyznała. I dodałam z pewnym wstydem: "I było cudownie". I chyba właśnie wtedy coś mi się w głowie przestawiło.
Bo ja przez lata miałam poczucie, że wakacje z dziećmi trzeba wykorzystać. Skoro już jedziemy gdzieś dalej, skoro wydajemy pieniądze, skoro mamy kilka dni wolnego, to przecież szkoda siedzieć w hotelu. Trzeba zobaczyć stare miasto, muzeum, latarnię, zamek. Trzeba pojechać na wycieczkę, znaleźć lokalną atrakcję, zrobić zdjęcia, wrócić z poczuciem, że ten urlop był "wartościowy". I najlepiej jeszcze, żeby dzieci czegoś się nauczyły.
Koniec z presją otoczenia i siebie samej
Dzisiaj wiem, że ogromna część tej presji pochodziła ode mnie samej. I że jak ktoś jedzie na wakacje wykończony całym rokiem pracy zawodowej, to nie zawsze chce spędzać urlop aktywnie – i ma do tego prawo!
Mam dwójkę dzieci i dobrze wiem, jak wygląda próba zorganizowania rodzinnego dnia tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Jedno chce iść w jedną stronę, drugie w drugą. Jedno jest głodne, kiedy drugie właśnie zaczyna się świetnie bawić. Kiedy wreszcie wszyscy są gotowi do wyjścia, okazuje się, że ktoś musi do toalety, ktoś zgubił czapkę, a ktoś inny właśnie odkrył, że buty go obcierają i nie zamierza iść na zwiedzanie.
A mimo to na wakacjach często próbowałam robić z siebie kierowniczkę rodzinnego biura podróży. Bo przecież "trzeba coś zobaczyć".
Szwagierka opowiedziała mi za to o zupełnie innym modelu urlopu. Jednego dnia rano jej mąż zabierał córkę na basen, a ona siadała z książką. Następnego dnia zamieniali się. Bez poczucia winy i udowadniania sobie, że skoro przyjechali nad morze, to muszą zobaczyć wszystko, co polecają turyści w internecie.
Jedli razem posiłki, chodzili na lody, pływali. Leżeli na słońcu i rozmawiali. I odpoczywali. Brzmi banalnie? Dla mnie przez długi czas wcale takie nie było.
Bo w rodzicielstwie bardzo łatwo wmówić sobie, że dobry czas z dzieckiem musi być jednocześnie rozwijający. Że wyjazd powinien być edukacyjny, pełen atrakcji i wspomnień. Że dzieci powinny wrócić z niego z głową pełną nowych doświadczeń.
Zobacz także
Wakacje powinny być luzem
A przecież czasami największą atrakcją jest to, że mama i tata nie są zmęczeni i nikt się nie spieszy. Że można razem zjeść śniadanie, potem przez pół dnia siedzieć przy basenie albo nad morzem, a wieczorem kupić dziecku lody i wrócić do pokoju. Nie trzeba codziennie robić czegoś wyjątkowego, żeby wakacje były wyjątkowe.
Nadal zdarza mi się złapać na tym, że mam wyrzuty sumienia. Siedzę gdzieś z rodziną i myślę: może za mało robimy? Może dzieci się nudzą? Może powinniśmy pojechać gdzieś jeszcze? Przecież inni zwiedzają, chodzą, organizują, pokazują dzieciom świat.
I wtedy próbuję sobie przypomnieć, po co właściwie są wakacje. Nie po to, żeby zrobić jak najwięcej i żeby wrócić z listą odhaczonych atrakcji. Nie po to, żeby udowodnić sobie albo innym, że dobrze wykorzystaliśmy urlop.
Chcę po prostu pobyć z moim mężem i dziećmi. Chcę mieć czas na rozmowę i zobaczyć ich roześmiane twarze przy lodach. Chcę czasem przeczytać kilka stron książki, kiedy moje dziecko bawi się z tatą.
I coraz częściej myślę, że to naprawdę wystarczy. W tym roku jestem już po wakacyjnych wyjazdach, ale chyba wreszcie dojrzałam do tego, żeby naprawdę odpuścić sobie presję i słuchanie wewnętrznego krytyka. Zamiast tego "nicnierobienie" będzie moją dewizą na kolejne wakacyjne wyjazdy.




