Na zdjęciu rodzina na wakacjach
W czasie wakacji wszyscy chcemy poczuć się odprężeni – są jednak jakieś granice. pexel.com

Za dwa tygodnie lecimy na wakacje i zamiast ekscytacji czuję lekki niepokój. Wszystko przez sceny, które pamiętam z zeszłorocznego wyjazdu all inclusive. Niektóre zachowania rodziców naprawdę pozostawiały wiele do życzenia.

REKLAMA

Na naszą redakcyjną przyszedł mail, którym chcieliśmy się z wami podzielić, bo pewnie wiele z was ma podobne doświadczenia.

Zamiast się cieszyć, mam obawy

Za dwa tygodnie lecimy na wakacje. Dzieci odliczają dni do wyjazdu, ja przeglądam zdjęcia hotelu i sprawdzam prognozę pogody. Powinnam się cieszyć, ale zamiast tego przypominam sobie zeszłoroczny wyjazd i mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej.

Chodzi o coś, co zauważyłam niemal codziennie w hotelu all inclusive. I nie były to kolejki do leżaków ani dzieci biegające po restauracji. To było nieustanne korzystanie z zasady: "Skoro zapłaciłem, to muszę wziąć wszystko".

Jakby jutra miało nie być

Nie wiem, co dzieje się z niektórymi ludźmi po przekroczeniu bram hotelu all inclusive. Nagle spokojni na co dzień rodzice zaczynają zachowywać się tak, jakby przez najbliższy tydzień mieli przeżyć oblężenie.

Na talerzach lądują góry jedzenia, których nikt później nie zjada. Do stolika wracają z czterema lodami dla dzieci, które po dwóch minutach lądują w koszu. Z baru przynoszą po kilka napojów naraz, choć połowa z nich zostaje niedopita.

Nie chodzi nawet o pieniądze. Chodzi o samą zasadę. "Skoro jest w cenie, trzeba brać".

Najbardziej szkoda mi dzieci

Najbardziej zastanawia mnie jednak to, czego uczą się wtedy dzieci. Widzą dorosłych, którzy nakładają jedzenie, którego nie potrzebują. Słyszą komentarze: "Bierz więcej, przecież za to zapłaciliśmy". Obserwują, jak wyrzuca się niemal pełne talerze.

Mam wrażenie, że to jedna z tych lekcji, których nikt nie planował przekazać, a przecież przez cały rok uczymy dzieci szacunku do jedzenia, rozsądnych zakupów i niemarnowania rzeczy.

Jest jeszcze jeden element

Nie oszukujmy się. W wielu hotelach częścią tego zjawiska jest także alkohol. Nie chodzi tu wcale o lampkę wina do kolacji czy drinka przy basenie. Bardziej o podejście, że skoro napoje są bez limitu, to trzeba z tego limitu korzystać maksymalnie.

Najbardziej zapadł mi w pamięć widok ojca, który przez cały dzień kursował między leżakiem a barem. Jego dzieci bawiły się obok, a on kolejne godziny spędzał z plastikowym kubkiem w ręku.

Chciałabym się mylić

Być może w tym roku będzie inaczej. Być może trafię do hotelu pełnego ludzi, którzy naprawdę przyjechali odpocząć.

Ale kiedy czytam internetowe grupy wakacyjne, widzę te same dyskusje co rok. O walce o leżaki, wynoszeniu jedzenia z restauracji czy kolejkach do baru jeszcze przed południem. I trochę się boję, że za dwa tygodnie znów usłyszę zdanie:

"Bierz jeszcze jednego, przecież jest za darmo."

Jeśli macie podobne doświadczenia i chcecie się nimi podzielić, piszcie na: redakcja@mamadu.pl