
Krótka wymiana zdań z synem pokazała mi, jak wiele zmieniło się w naszym podejściu do wychowania. Powiedział mi coś trudnego i zrobił to z ogromnym wstydem, ale też odwagą. Wystarczyła moja reakcja na jego przyznanie się do winy, żebym zrozumiała, że to, co buduję jako mama, naprawdę ma sens.
Przyszedł i powiedział prawdę. Moment, który pokazał mi, jak bardzo zmieniło się rodzicielstwo
Czasami wystarczy naprawdę krótka chwila, żeby zobaczyć, jak wiele zmieniło się w naszym podejściu do wychowania dzieci w porównaniu z tym, jak wychowywali nas nasi rodzice albo dziadkowie. Kilka dni temu sama doświadczyłam takiego "olśnienia" i muszę przyznać, że to zdarzenie zostanie ze mną na długo.
Kiedy dziecko samo szuka pomocy u rodzica
Mój syn wrócił ze szkoły i przyszedł do mnie wyraźnie zawstydzony. Widać było, że długo zbierał się na odwagę, bo kiedy pracowałam przy komputerze, on chodził bez celu po całym domu. W końcu powiedział, że ma pewien problem i chce mi o czymś powiedzieć.
Przyznał, że kiedy się denerwuje w szkole, zdarza mu się mówić pod nosem brzydkie słowa (było to konkretne przekleństwo). Od razu dodał, że wie, że to nie jest dobre i że chciałby to zmienić. Nie przyszedł, bo ktoś go przyłapał. Przyszedł sam, bo chciał się z tego zwierzyć i prosić mnie o pomoc, żeby to zmienić.
W tej jednej chwili poczułam ogromne wzruszenie. Zobaczyłam dziecko, które mimo wstydu wybiera szczerość i chęć rozmowy z opiekunem, przy którym czuje się bezpiecznie. Które nie ucieka, nie ukrywa się, tylko szuka wsparcia u rodzica. To nie jest łatwe, nawet dla dorosłych, a może dla nich przede wszystkim.
Zamiast złości poczułam dumę. Przytuliłam go i powiedziałam, że zawsze może na mnie liczyć i że razem poszukamy sposobu, żeby poradzić sobie z tym problemem. Schowałam do kieszeni wszystkie gotowe pouczenia, oceny i pretensje. W tamtej chwili ważniejsze było to, że przyszedł i mi zaufał.
To jest dokładnie to, o czym piszą terapeuci rodzinni — że rozmowa to podstawa, a 6 sposobów na budowanie relacji z dzieckiem zaczyna się od pokazywania dziecku, że może nam ufać w codziennych, drobnych sprawach. Bo jeśli chcemy, żeby przyszło do nas z czymś wielkim, musimy najpierw przyjąć je w tym małym, bez oceny i kary.
Dzisiejsi rodzice mają w sobie więcej zrozumienia
I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Jak bardzo moje rodzicielstwo różni się od tego, w którym sama dorastałam. Przez lata dzieci z mojego pokolenia słyszały, że nie mają głosu. Że mają być grzeczne i nie sprawiać problemów, a najlepiej przy tym mieć bardzo dobre oceny i nie wyrażać głośno swojego zdania.
Błędy i porażki często kończyły się krzykiem, zawstydzeniem albo karą. W takim świecie trudno było przyjść i powiedzieć prawdę w trudnej chwili. Trudno było poprosić o pomoc. Dlatego wszystkie moje koleżanki oprócz zwierzania się sobie wzajemnie, pisały pamiętniki.
To zresztą typowe doświadczenie dla naszego pokolenia — dzieci lat 90. musiały być samodzielne, ale to nie powód do dumy, tylko błąd rodziców. Psychologowie nazywają to zjawisko parentyfikacją — sytuacją, w której dziecko za wcześnie musiało być silne i zaradne, często kosztem własnych emocji.
Ja chcę dla swojego dziecka czegoś innego. Chcę, żeby wiedział, że może mi mówić wszystko. Nawet wtedy, kiedy sprawy są niewygodne. Nawet wtedy, kiedy się wstydzi. Chcę, żeby wiedział, że nie zostanie odrzucony za to, że popełnił błąd.
Tamta rozmowa była dla mnie potwierdzeniem, że to działa. Że przez te wszystkie lata budowałam coś ważnego. Relację, w której jest miejsce na szczerość, emocje i niedoskonałość. A także poczucie bezpieczeństwa.
Bardzo trafnie ujmują to psychologowie, których przesłanie — 8 zdań, które wzmocnią więź z dzieckiem: "możesz mieć rację lub relację" — opisuje dokładnie to, co zrobiłam w tamtej chwili. Mogłam mieć rację, wytykając synowi przekleństwo. Ale zamiast tego wybrałam relację. I to był strzał w dziesiątkę.
Poczułam dumę z niego. Z tego, jak wrażliwym i świadomym jest chłopcem. Ale poczułam też dumę z siebie. Z tego, że potrafiłam przerwać schemat. Że nie powieliłam tego, co sama znałam i wybrałam inną drogę, choć nie zawsze jest łatwa i oczywista.
Milenialsi jako rodzice. Robimy dobrą robotę
Prawda jest taka, że moje pokolenie rodziców, czyli milenialsów, czyli obecnych 30- i 40-latków, bardzo się stara. Czasami jesteśmy zmęczeni, czasami brakuje nam sił i cierpliwości. Zdarza się, że reagujemy nie tak, jak byśmy chcieli i jesteśmy przebodźcowani, a wtedy reagujemy za mocno. Mamy wątpliwości, czy robimy wystarczająco dużo i czy robimy to dobrze.
Ale są takie momenty, które pokazują, że te wszystkie trudy mają sens. Kiedy dziecko przychodzi i mówi prawdę. Kiedy nie boi się naszej reakcji. Kiedy szuka u nas wsparcia, a nie ucieka i zamyka się w sobie.
Wtedy widać, że to ma sens: ta codzienna praca, rozmowy, tłumaczenie i bycie obok naprawdę coś budują. Że wychowujemy dzieci, które nie tylko wiedzą, co jest dobre, ale też mają odwagę o tym mówić. I nie wstydzą się i nie boją przyjść do nas z każdym problemem. A to jeszcze 30 lat temu wcale nie było takie oczywiste.
O tym, że milenialsi świadomie odcinają się od wzorców swoich rodziców, napisano już wiele. Tekst zebrał 7 błędów wychowawczych naszych rodziców, od których milenialsi chcą się odciąć — od braku przepraszania dzieci, przez zawstydzanie za płacz, po traktowanie szacunku jako czegoś, co należy się rodzicowi "z automatu". My wybieramy inaczej: przepraszamy, rozmawiamy, pytamy, jak dziecko się czuje.
To pokolenie rodziców jest silne. Uczy się na błędach poprzednich generacji i próbuje inaczej. Często po omacku, często nieidealnie, ale z ogromną uważnością.
Wystarczy jedno zdanie: "Jestem tu, poradzimy sobie razem"
I może właśnie w takich zwyczajnych momentach widać to najlepiej. Nie w wielkich sukcesach, bo wtedy to każdy powie, że wychowywanie dzieci to pestka. Ale w takich chwilach, kiedy kilkulatek przychodzi i mówi: mam problem.
A my potrafimy odpowiedzieć: "Jestem tu, poradzimy sobie razem".
Zobacz także
