
Kiedy moje dzieci mówiły, że się nudzą, reagowałam natychmiast i próbowałam je czymś zająć. Dziś wiem, że to był błąd, który odbierał im szansę na samodzielność i kreatywność. Opowiadam, dlaczego przestałam walczyć z nudą i co się zmieniło w naszym domu.
Najbardziej bałam się dziecięcej nudy
Mam w domu sześciolatka i ośmiolatka. I bardzo często słyszę jedno zdanie, które jeszcze niedawno wywoływało we mnie napięcie i jakąś panikę. Chodzi mi o: "Mamo, nudzi mi się".
Przez długi czas traktowałam to jak sygnał alarmowy, kiedy muszą stanąć w gotowości. W mojej głowie nuda oznaczała, że coś jest nie tak i że powinnam zareagować, zająć dzieci, zaproponować im coś wartościowego. Bałam się, że jeśli tego nie zrobię, synowie będą tylko sięgać po ekrany, więc działałam od razu.
Podsuwałam pomysły, wyciągałam planszówki, proponowałam rysowanie, budowanie, zabawy. Wchodziłam w rolę animatorki czasu wolnego. Organizowałam im dzień tak, żeby nie było w nim miejsca na pustkę i swobodny czas bez zajęć. Dziś widzę, że robiłam to trochę z lęku i trochę z przekonania, że dobra mama powinna stale angażować dzieci.
Tylko że to nie działało tak, jak sobie wyobrażałam. Moje dzieci coraz częściej się nudziły, mimo że miały wszystko pod ręką. Zabawki, gry, książki, zajęcia. A ja byłam coraz bardziej zmęczona ciągłym wymyślaniem im zajęć.
W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy problemem naprawdę jest nuda. Czy może raczej to, że dzieci nie mają przestrzeni, żeby jej tak naprawdę doświadczyć.
Bo przecież nuda nie jest niczym złym, tak mawia wielu ekspertów, których tu w artykułach cytuję. To stan, w którym mózg zaczyna pracować inaczej. Szuka rozwiązań, pomysłów, bodźców. To właśnie wtedy rodzi się kreatywność.
Tyle że moje dzieci nie miały kiedy się tego nauczyć, bo ja natychmiast wypełniałam im każdą wolną chwilę.
Nauka odpuszczania u nadopiekuńczego rodzica
Postanowiłam spróbować czegoś innego. Kiedy kolejny raz usłyszałam, że im się nudzi, nie zareagowałam od razu. Nie zaproponowałam zabawy, nie podsunęłam gotowego rozwiązania. Nie rzucałam swoich zajęć, żeby tylko znaleźć im zabawę.
Było mi z tym bardzo trudno, bo miałam w sobie silny odruch działania i czułam, że powinnam coś zrobić i jakoś ich zająć. Nie zrobiłam nic.
Na początku było narzekanie i kolejne pytania o bajki. Kilka razy usłyszałam pytanie, czy mogą włączyć różne urządzenia cyfrowe z grami (od smartfona, przez tablet po oldschoolową konsolkę typu Pac-Man). Odmówiłam i nadal nie angażowałam się w organizowanie im czasu.
I wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Po pewnym czasie sami zaczęli sobie wymyślać zajęcia. Zbudowali bazę z koców, dokładnie taką, jakie robiłam kiedyś z siostrą. Wyciągnęli klocki i stworzyli konstrukcje, na które ja bym nie wpadła. Sięgnęli po planszówki bez mojej inicjatywy. Zaczęli wymyślać własne historie i nawet próbowali zrobić książkę.
Nie jest łatwo, ale warto
Patrzyłam na to i miałam poczucie, że dzieje się coś ważnego. Moje dzieci zaczęły się bawić naprawdę samodzielnie. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo wcześniej im to utrudniałam. W dobrej wierze, z troski, z potrzeby bycia zaangażowaną mamą. A tak naprawdę odbierałam im przestrzeń do nudy, która jest potrzebna.
Dziś nadal zdarza mi się reagować odruchowo. Nadal mam w sobie tę chęć, żeby coś zaproponować, podsunąć, ułatwić. Wydaje mi się, że to trochę znak naszych czasów. Mamy tendencję do nadopiekuńczości i organizowania dzieciom każdej minuty.
Ale coraz częściej się na tym świadomie łapię i staram się wycofywać. Pozwalam im się ponudzić i chwilę pomarudzić. Daję im przestrzeń, żeby sami znaleźli pomysł na siebie i widzę efekty.
Są bardziej kreatywni, bardziej samodzielni i mniej zależni ode mnie w organizowaniu czasu. A ja jestem spokojniejsza, bo nie muszę już być ich animatorką. Dziś myślę, że nuda nie jest problemem dzieci. Jest problemem dorosłych, którzy nie potrafią jej zaakceptować. A przecież czasem najlepsze, co możemy zrobić jako rodzice, to nie robić nic.
Zobacz także




