
Żyjemy w czasach, które dają dzieciom ogromne możliwości, ale jednocześnie wystawiają je na bezprecedensowe wyzwania. Nadmiar bodźców, szybki rozwój technologii i osłabienie relacji sprawiają, że wychowanie staje się coraz trudniejsze. Czy jako rodzice naprawdę jesteśmy dziś obecni w życiu naszych dzieci?
Żyjemy w trudnych dla dzieci czasach
Współczesne dzieci żyją w czasach, które z jednej strony wydają się dla nich najlepsze z możliwych. Mamy dziś ogromną wiedzę, rozwiniętą medycynę, dostęp do specjalistów, badań i narzędzi, które pomagają lepiej rozumieć rozwój dziecka, dbać o jego zdrowie fizyczne i psychiczne oraz skuteczniej leczyć choroby.
Jako dorośli odpowiedzialni za najmłodszych mamy dostęp do niespotykanego wcześniej zasobu informacji – możemy sięgać po opinie ekspertów, korzystać ze wsparcia terapeutów, pedagogów czy lekarzy.
Paradoks polega jednak na tym, że to, co jest największym atutem naszych czasów, bywa również ich słabością. Dzieci dorastają w rzeczywistości niezwykle dynamicznej, pełnej bodźców i nieustannych zmian. Rozwój technologii postępuje tak szybko, że trudno mówić o spokojnej i przewidywalnej przestrzeni do dorastania.
Z każdej strony docierają do nich informacje o wojnach, kryzysach i napięciach politycznych. To świat, który daje ogrom możliwości, ale jednocześnie generuje niepewność i przeciążenie. Ostatnio przeczytałam na Threads wpis, który skłonił mnie do refleksji nad relacjami międzyludzkimi.
Muszę przyznać, że z dużą dozą smutku zgadzam się z wieloma z tych punktów. W szybkim tempie życia, przy braku wsparcia ze strony bliskich i nadmiarze obowiązków, rodzicom coraz trudniej znaleźć czas na rozmowę, wspólną zabawę czy zwykłe bycie razem.
Cyfrowe rozwiązania, które miały ułatwiać codzienność, często zastępują relacje. W wielu domach zamiast wspólnych posiłków i rozmów dzieci spędzają czas przed ekranami, bo to rozwiązanie prostsze i mniej wymagające niż budowanie więzi.
Trzeba być rodzicem, a nie tylko "opiekunem"
Nie twierdzę, że tak jest w każdej rodzinie. Jednak również nauczyciele coraz częściej mówią o zjawisku przerzucania odpowiedzialności wychowawczej na szkołę. Czasem wynika to z przeciążenia i zmęczenia, ale bywa też efektem wygody. Smartfon staje się "elektroniczną nianią", sposobem na wypełnienie dziecku czasu, zamiast zaproszeniem do wspólnego działania.
Sama uważam się za świadomego rodzica. Staram się ograniczać dzieciom dostęp do ekranów, rozmawiać o emocjach, uczyć je, jak je rozpoznawać i przeżywać. Inwestuję w ich rozwój, zapisując je na dodatkowe zajęcia sportowe czy wspierając ich pasje.
Z tej perspektywy widzę, że robię wiele i naprawdę się staram. A jednak nie bez powodu tak często mówi się dziś o tym, że to trudne czasy na wychowywanie dzieci.
Bo choć możliwości mamy ogromne, to nie wszyscy z nich korzystają. Sama dostępność wiedzy nie wystarczy – potrzebna jest jeszcze gotowość, by z niej skorzystać, oraz codzienny wysiłek, by być dla dziecka naprawdę obecnym.
Być może największym wyzwaniem naszych czasów nie jest brak narzędzi, lecz umiejętność odłożenia ich na bok i wybrania relacji. To właśnie uważna obecność, rozmowa i konsekwentne prowadzenie dziecka przez świat – mimo jego złożoności – mogą sprawić, że nawet w trudnych czasach dzieci będą czuły się bezpieczne i ważne.
