pielęgniarka kładzie posiłek na stoliku pacjenta
Szpitalne jedzenie to już legenda: zwykle kojarzy się ze słabej jakości posiłkami. fot. LENSLOGIC/ storyblocks.com

Po porodzie kobiety często dostają w szpitalach posiłki, które bardziej przypominają słabej jakości przekąskę niż realne wsparcie organizmu. Zdjęcie posiłku z jednej z porodówek wywołało w sieci burzę, ale zamiast rozmowy o potrzebach matek, dyskusja szybko skręciła w stronę polityki. Tymczasem problem szpitalnego wyżywienia to temat znany od dawna, z którym nikt nic nie robi.

REKLAMA

Po porodzie kobiety dostają kawałek chleba i tanią kiełbasę

Posiłki w polskich szpitalach to temat, który już dawno obrósł legendą. Od wielu lat mówi się o tym, że w placówkach medycznych, w których leżą chorzy, pacjenci dostają jedne z najgorszych możliwych opcji żywieniowych. A przecież osoby chore, po operacjach czy kobiety po porodzie potrzebują siły – a tę mogą zapewnić m.in. wartościowe, dobrze zbilansowane posiłki.

logo
Threads @alejestesfajny Michał Niszczuk

Tymczasem rzeczywistość często wygląda tak, że pacjenci dostają najtańszy biały (czasem już czerstwy) chleb, kawałek kiepskiej jakości wędliny albo mielonki, listek zwiędłej sałaty i słyszą, że to ma ich "postawić na nogi".

Ostatnio natknęłam się na wpis na Threads ze zdjęciem takiego "wartościowego" posiłku z porodówki. "Suwałki, oddział położniczy. Lepiej nie rodzić i chorować w państwie Donalda" – głosi napis pod nim autorstwa użytkownika o nicku @alejestesfajny.

Oczywiście w komentarzach natychmiast rozpętała się polityczna wojna: że teraz, za czasów Donalda Tuska, jest okropnie, ale że za rządów PiS-u wcale nie było lepiej. Prawda jest jednak taka, że z realnego problemu zrobiono temat stricte polityczny, choć niezależnie od tego, kto sprawuje władzę, kwestia szpitalnego wyżywienia od lat budzi ogromne emocje.

Warto bowiem zacząć od podstaw: to, co trafia na talerze pacjentów, nie zależy bezpośrednio od aktualnego rządu. O posiłkach decyduje konkretna placówka, a dokładniej – jej dyrekcja. To dyrektor szpitala podpisuje umowę z firmą cateringową odpowiedzialną za wyżywienie pacjentów. Posiłki maja być zgodne z wytycznymi dietetyków, ale wiadomo ile z tego faktycznie jest spełniane.

Na zdjęciu, o którym mowa, widać kawałek masła, dwie kromki pieczywa typu graham, fragment taniej kiełbasy bardziej przypominającej mielonkę, do tego jabłko i jakiś napój. Taki zestaw otrzymała kobieta świeżo po porodzie – a poród to jedno z najbardziej wykańczających fizycznie doświadczeń.

Ciało potrzebuje "paliwa"

Po takim wysiłku – musicie uwierzyć mi na słowo, jeśli same go nie przeżyłyście – nawet zwykła herbata z cukrem smakuje jak najlepszy napój świata. Nic więc dziwnego, że młoda mama prawdopodobnie zje wszystko, co zostanie postawione na tej tacy. Ale czy powinna być skazana na tak niskiej jakości jedzenie? Oczywiście, że nie.

Jej organizm wykonał ogromną pracę i potrzebuje solidnego "paliwa", które pozwoli się zregenerować i nabrać sił, by móc w pełni zająć się nowo narodzonym dzieckiem. Jeśli kobieta karmi piersią, potrzeba pełnowartościowych posiłków jest jeszcze większa – organizm musi mieć z czego produkować pokarm bogaty w składniki odżywcze.

Z własnego doświadczenia wiem, że po porodzie głód bywa ogromny. Owszem, zjadłabym kromkę chleba z najtańszą szynką i przez chwilę poczułabym ulgę. Ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Tu nie chodzi wyłącznie o zaspokojenie głodu, lecz o dostarczenie organizmowi energii potrzebnej do regeneracji.

Osoby decydujące o szpitalnym wyżywieniu powinny to doskonale rozumieć – w końcu mówimy o miejscu, które ma leczyć ludzi. Tymczasem od lat wygląda to podobnie, a wszystko rozbija się o pieniądze. Najtańsze, niskiej jakości produkty są po prostu korzystniejsze finansowo dla szpitali, które same borykają się z brakami w budżecie.

Problem rozbija się o pieniądze... i chęci

Jednocześnie wiem, że da się to zrobić lepiej – nawet w publicznych placówkach finansowanych przez NFZ. Sama rodziłam w szpitalu położniczym, w którym posiłki były na tak dobrym poziomie, że trudno było uwierzyć, iż to szpitalne jedzenie. Dyrekcja tej placówki nie oszczędzała na zdrowiu i dobrostanie pacjentek, korzystając z droższego, ale znacznie lepszego cateringu.

Tam doskonale rozumiano, że kobiety po porodzie i karmiące piersią muszą się dobrze odżywiać – bo w przeciwnym razie po wyjściu ze szpitala ryzyko zasłabnięcia czy poważnego osłabienia organizmu jest realne. Nie mówię, że wszędzie jest źle albo że wszędzie powinno być lepiej. Naprawdę są szpitale, które w podobnym budżecie potrafią mieć taki catering, który nie sprawia, że pacjentom jest niedobrze, gdy dostają talerze z posiłkiem.

Problem szpitalnego jedzenia nie jest więc ani nowy, ani polityczny. To kwestia priorytetów, decyzji i realnej troski o pacjentów. Jeśli w jednych placówkach się da, a w innych nie – to znaczy, że nie chodzi o brak możliwości, lecz o brak woli.

A dopóki wartościowy posiłek będzie traktowany jak zbędny koszt, a nie element procesu leczenia i regeneracji, dopóty pacjenci – także ci najsłabsi i najbardziej wyczerpani – będą zmuszeni godzić się na bylejakość. A przecież w szpitalu nie powinni walczyć nie tylko z chorobą, ale i z głodem.

W wielu miejscach niestety kończy się to tak, że rodzina i bliscy pacjentów przynoszą im dodatkowe posiłki poza tymi, które dostają jako szpitalne wyżywienie. Czasami to po prostu konieczne, by móc zdrowo się odżywiać, wrócić do zdrowia i efektywnie karmić swoje nowo narodzone dziecko.

Czytaj także: