
Coraz więcej rodziców zapisuje dzieci na korepetycje już od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Wpis nauczycielki oferującej pomoc uczniom klas 1-3 wywołał burzliwą dyskusję o odpowiedzialności, czasie i roli rodzica w edukacji. To zjawisko mówi więcej o dorosłych niż o szkolnych trudnościach dzieci.
Rodzice chcą korepetycji dla dziecka od 1 klasy podstawówki
Nauka w pierwszych klasach szkoły podstawowej to w praktyce najprostszy zakres wiedzy, który powinien mieć w małym palcu każdy rodzic, który ukończył w naszym kraju edukację obowiązkową. Obejmuje naukę liter, pisania i czytania, proste działania matematyczne, a także podstawowe wiadomości z zakresu przyrody czy umiejętność czytania ze zrozumieniem.
Kiedy zostajemy rodzicami ucznia w pierwszych latach edukacji, spokojnie każdy z nas jest w stanie pomóc dziecku w nauce i odrabianiu lekcji – nie potrzeba do tego tytułu magistra pedagogiki, polonistyki czy matematyki. Umiejętności, które są do tego potrzebne, ma naprawdę każdy, kto ukończył szkołę podstawową.
Ostatnio na Threads natknęłam się jednak na taki wpis: "Na osiedlowej grupie na fb babka wstawiła ogłoszenie, że jest nauczycielem i chętnie udzieli korepetycji dzieciom z klas 1-3 szkoły podstawowej. I wiecie co, jestem w szoku, że zgłosiło się kilkoro chętnych".
W komentarzach pojawiły się odpowiedzi innych rodziców (i nie tylko), którzy pisali, że to przerażające, iż rodzicom nawet nie chce się dziś usiąść z dzieckiem przy biurku czy stole, pomóc mu, wytłumaczyć i pokazać, na czym polegają zadania, które ma odrobić w domu.
Pojawił się m.in. taki komentarz: "Faktycznie to jest słabe i zastanawiam się co taki korepetytor miał by robić z takim dzieckiem. Najczęściej powodem problemu jest niedostateczna dojrzałość emocjonalna w tym wieku, a nie problem ze zrozumieniem materiału. No, ale z tym korepetytor niewiele może zrobić. Czuję, że to robienie rodziców na kasę. A tłumaczenie, że różne dzieci mogą mieć problemy itp. to też między bajki włóżcie. Dziecko z problemami dostaje nauczyciela wspomagającego. Ma orzeczenia i kryteria jego oceny są inne".
Zrzucają obowiązek i odpowiedzialność z siebie
Ktoś inny dorzucił jednak argument w obronie rodziców: "Rodzice nie mają odpowiedniego przygotowania pedagogicznego. Czym innym jest posiadanie wiedzy na poziomie podstawówki, a czym innym umiejętność jej przekazania.
Moja córka od początku szkoły miała olbrzymie problemy z matematyką z powodu słabo rozwiniętej wyobraźni abstrakcyjnej i naprawdę chociaż ja potrafię dodawać i odejmować w zakresie 10 to wcale nie było łatwe wytłumaczyć dziecku jak to, że dwa ołówki i dwa ołówki to razem cztery ołówki przekłada się na 2+2=4".
Po przeczytaniu wielu różnych opinii, także tych broniących rodziców, którzy nie potrafią wytłumaczyć materiału dziecku i wolą komuś za to zapłacić, pomyślałam, że to zjawisko mówi bardzo wiele o współczesnym rodzicielstwie. Pokazuje, jak bardzo jesteśmy dziś wygodni i jak ciągle się spieszymy.
Mamy pieniądze, więc wolimy zapłacić komuś, kto jest ekspertem, i zostawić dziecko z nauczycielem, który nauczy je pisać, czytać czy mnożyć. Mamy ku temu możliwości finansowe, za to coraz częściej brakuje nam czasu i cierpliwości dla własnych dzieci.
Nie potrafimy w spokoju, bez presji i irytacji usiąść i czegoś im wytłumaczyć, nie mając z tyłu głowy listy zadań, które jeszcze musimy danego dnia wykonać. Nasz brak spokoju i umiejętności współpracy z dzieckiem zrzucamy na brak "odpowiedniego przygotowania pedagogicznego".
Wiecie co? Żeby wychować dziecko i nauczyć je podstawowych umiejętności, nie trzeba mieć dyplomu z uczelni. Gdyby tak było, na porodówkach odbierano by dzieci wszystkim, którzy go nie posiadają. A przecież tak się nie dzieje.
Tu naprawdę wystarczy odrobina chęci, czas i spokój. I przekonanie, że chcemy być obecnymi, zaangażowanymi rodzicami. Bo żadna, nawet najlepsza korepetycja, nie zastąpi dziecku uważnego dorosłego, który cierpliwie tłumaczy i po prostu jest obok. To właśnie ta codzienna obecność buduje nie tylko wiedzę, ale też relację i poczucie bezpieczeństwa.
