
Ferie w domu wcale nie muszą oznaczać nudy ani poczucia porażki wychowawczej. Gdy dzieci nie jadą na narty, a rodzice pracują – czasami zdalnie – codzienność wygląda inaczej niż w idealnych poradnikach. To dobry moment, by odpuścić sztywne zasady, także te dotyczące czasu ekranowego i postawić na odpoczynek.
Ferie zimowe wiążą się z pewnego rodzaju luzem. Przynajmniej w teorii. W praktyce – zwłaszcza gdy dzieci nie jadą na narty, nie są zapisane na zimowiska, a ja pracuję zdalnie – ta obietnica szybko zderza się z rzeczywistością. I to taką dość przyziemną: mieszkanie w bloku bez dużego podwórka, mróz za oknem, smog wiszący w powietrzu i dzieci, które od rana pytają: "Co dziś robimy?".
Ferie w domu to nie czas na nudę
Zima brutalnie weryfikuje granice ekranowe. Te same, które w czasie roku szkolnego są dość sztywne i jasno określone. Gdy jest szkoła, dzieci mają jakiś stały rytm – lekcje, zadania domowe, zajęcia dodatkowe, konkretna godzina kładzenia się do łóżka. Ferie ten porządek wywracają. I choć wielu rodziców w ferie pracuje – część tak jak ja z domu, ale nie wszyscy – to nie ma co udawać, że wszystko da się zorganizować "jak zwykle".
Nie mamy pod blokiem górki saneczkowej. Moi synowie są jeszcze za mali, by sami iść na sanki gdzieś dalej. Nie ma spontanicznego rzucenia hasłem: "Wyjdźcie na dwór i wróćcie na obiad". Są za to wideokonferencje, maile do odpisania i dzieci, które potrzebują obecności, pomysłów i uwagi. Dlatego w ferie luzuję.
Tablet zamiast sanek? Czasem jest tak, że zamiast wyjścia na sanki jestem skazana, by włączyć dzieciom PlayStation lub bajkę w TV. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Ekrany w ferie nie są ucieczką ani złem koniecznym, tylko jednym z elementów dnia. Daję dzieciom więcej swobody niż w czasie nauki, bo ferie są od odpoczynku, także dla głowy. Nie wszystko musi być edukacyjne, rozwojowe i zaplanowane co do minuty.
Odpuść: sobie i dzieciom
To nie znaczy, że siedzimy cały dzień przed ekranami. Dużo się dzieje w domu: budowanie baz z koców, rysowanie, gry planszowe, wspólne gotowanie. Czasem ratuje nas pomoc przyjaciółki, która ma urlop i zabiera dzieci na kilka godzin, bo jej pociechy są w podobnym wieku. To ogromna ulga i przypomnienie, że nie trzeba wszystkiego dźwigać samemu.
Jestem zwolenniczką zabaw na świeżym powietrzu, ale nie za wszelką cenę. Gdy na termometrze jest -10 stopni, a jakość powietrza pozostawia wiele do życzenia, wybieram rozsądek. Krótkie spacery po zakończeniu mojej pracy w zupełności nam wystarczają. Wtedy idziemy na lodowisko, do sali zabaw albo do biblioteki. Bez pośpiechu i presji
Ferie bez wyjazdów, bez nart i bez półkolonii też mogą być dobre. Taka domowa wersja, która jest kreatywna, na luzie. Dla moich dzieci to czas, kiedy mogą się ponudzić, pochodzić w domu w piżamie do południa, obejrzeć film w środku tygodnia i po prostu… zwolnić. A ja uczę się, że nie muszę być animatorką czasu wolnego ani strażniczką sztywnych zasad.
Szkoła wróci szybciej, niż nam się wydaje. Zaraz znów się zaczną intensywne dni, obowiązki, dzwonki i plan lekcji znów ustawią wszystko w ryzach. Rodzice będą gnać po pracy na wszelkie zajęcia dodatkowe, zebrania w szkole i po zakupy. Teraz to czas, kiedy wypadałoby zwolnić i choćby chwilę odpocząć. Ferie są po to, by trochę odpuścić – także sobie. Bo czasem bajka w TV zamiast sanek to nie porażka wychowawcza, tylko znak, że dajemy dzieciom to, czego naprawdę potrzebują – chwilę luzu i oddechu.
