
Bal karnawałowy w szkole mojego syna to wydarzenie, na które uczniowie czekają od tygodni. Dzieci tańczą przy DJ-u na sali gimnastycznej, a w klasach rodzice szykują stoły z poczęstunkiem. Choć impreza trwa tylko kilka godzin, to właśnie przy tych stołach pojawia się największy problem – tona słodyczy i gazowanych napojów.
Bal karnawałowy w szkole to wydarzenie dobrze znane wszystkim rodzicom. Zwykle wszystko wygląda tak samo, bo dyrekcja ma już od lat sprawdzony system w organizacji takiej imprezy. Po lekcjach dzieci idą na salę gimnastyczną, gdzie jest DJ, kolorowe światła i głośna muzyka.
Rodzice przygotowują uczniom bal karnawałowy
W klasach rodzice szykują dla dzieci ustawione stoły z poczęstunkiem. Całość trwa dwie, maksymalnie trzy godziny. Uczniowie z klas 1-3 mogą się jeszcze przebrać, starsi wpadają prosto po lekcjach i dla nich część jest później, kiedy najmłodsze roczniki skończą zabawę.
Rodzice dzielą się zadaniami – ktoś przynosi balony i ozdoby, ktoś napoje, ktoś przekąski. Impreza ma być szybka do przygotowania i równie szybka do posprzątania. I to wszystko jest naprawdę w porządku. Problem zaczyna się przy stołach.
Co roku wygląda to tak samo i w poprzednich latach w przedszkolu również zauważałam ten sam problem. Tona czipsów, miski żelków, cukierki, ciasteczka z długim składem i butelki taniej oranżady w jaskrawych kolorach. Sól, cukier i barwniki – wszystko w wersji "na bogato".
Jakby nie istniała żadna alternatywa. Jakby impreza szkolna z definicji musiała oznaczać, że dzieci jedzą byle co, a potem popijają to litrami gazowanych napojów. Wiem, że to dzieciakom najbardziej odpowiada i też jest dla nich atrakcją. Mam jednak poczucie, że w takich momentach moje wypracowane w domu nawyki żywieniowe całkiem biorą w łeb.
Nie każę teraz wszystkim jeść humusu z selerem naciowym, ale wydaje mi się, że da się zorganizować poczęstunek dla dzieci w trochę zdrowszej wersji niż wysypanie najtańszych czipsów na papierowe talerzyki.
Odrobinę zdrowszy poczęstunek
A przecież mówimy o zabawie, która trwa kilka godzin i polega głównie na tańczeniu. Dzieci się ruszają, pocą, biegają między salą a klasą. Najlepszym napojem byłaby zwykła woda mineralna. Ewentualnie sok tłoczony – choćby jabłkowy – kupiony w dużym kartonie. Bez bąbelków, bez sztucznego koloru, bez chemicznego posmaku. To naprawdę nie jest rewolucja ani fanaberia.
Słyszę czasem: "To tylko jedna impreza w roku". Tylko że tych "jednych imprez" w szkole jest więcej. Andrzejki, Mikołajki, Walentynki, Dzień Dziecka. Każda okazja, kiedy dla dzieci jest w szkole poczęstunek, wygląda podobnie i każda utrwala w dzieciach prosty schemat – zabawa równa się niezdrowe jedzenie. A potem dziwimy się, że po godzinie dzieciom jest niedobrze, bolą je brzuchy, są nadpobudliwe albo nagle opadają z sił.
Nie oczekuję stołów z posiłkami jak z cateringu ani domowych wypieków od każdego rodzica. Rozumiem, że to ma być szybko, w miarę tanio i bez długich przygotowań. Ale naprawdę wystarczyłoby trochę zmienić proporcje. Mniej chipsów, więcej zdrowszych przekąsek. Muffinki z piekarni zamiast trzech rodzajów żelków. Owoce pokrojone w cząstki. Woda zamiast oranżady.
Bal karnawałowy nie musi być lekcją zdrowego żywienia. Ale nie musi też być świętem wyłącznie cukru i soli. Dzieci i tak będą się świetnie bawić, bo przyszły potańczyć, spotkać się z kolegami i koleżankami, posłuchać muzyki, założyć na siebie jakieś ciekawe przebranie. Jedzenie jest tylko dodatkiem. Warto, żeby ten dodatek nie sprawił, że impreza skończy się bólem brzucha albo wymiotami.
