
"Moje zmęczenie jest większe, bo jestem rodzicem" – takie przekonanie czasami pojawia się w dyskusjach między rodzicami a osobami bezdzietnymi. Problem wcale nie dotyczy jednak tego, kto ma gorzej, ale tego, kto realnie decyduje o swoim czasie i odpoczynku. Ten społeczny konflikt pokazuje, jak łatwo umniejszamy cudzemu zmęczeniu, patrząc wyłącznie z własnej perspektywy.
"Moje zmęczenie jest większe, bo jestem matką"
Jako mama i osoba, która trochę porusza się w mediach skierowanych do rodziców, muszę przyznać, że widzę pewną tendencję społeczną. Chodzi mi o wzajemny stosunek do siebie dwóch grup społecznych – rodziców i osób bezdzietnych. Wielokrotnie pisałam o tym, że rodzicom w przestrzeni publicznej często się obrywa za to, że niektórzy opiekunowie źle rozumieją pojęcie "bezstresowego wychowania".
Rodzice odczuwają społeczny hejt bardzo często – od urzędów i kolejek u lekarza, po wizyty w restauracji. Z drugiej strony są osoby bezdzietne, którym też się społecznie obrywa. One dostają za to, że "mają czelność" decydować o tym, że potomstwa nie chcą (a czasami też po prostu nie mogą go mieć) i mówią o tym otwarcie oraz z dużą dozą pewności siebie. Kiedy takie osoby rozmawiają z tymi mającymi dzieci, ich problemy często niestety są umniejszane.
Świetnie opisała to jedna z użytkowniczek Threads: "Zabawne, jak niektórzy myślą, że zmęczenie to jakaś nagroda za posiadanie dzieci, a reszta ludzi żyje w trybie spa. Serio, czasem padam na twarz po całym dniu i nie potrzebuję wykładu, że 'prawdziwe zmęczenie zaczyna się dopiero przy dzieciach'. Mój organizm nie robi castingu na rodzica, tylko mówi: dziewczyno, odpocznij, bo też masz prawo być wykończona" – napisała kobieta o nicku @slonkoblanka.
To częsta tendencja u wielu rodziców. Są zdania, że ich zmęczenie czy problemy są najgorsze na świecie, a osoby, które nie są rodzicami nie mają nawet ułamka tych problemów. Jest to dość krzywdzące i nieprawdziwe, bo często wydaje nam się, że nasza perspektywa jest najgorsza.
Rodzicom czasem trudniej logistycznie
Z drugiej strony jedna z komentujących trafnie zauważyła: "Myślę, że nie chodzi o to, czyje zmęczenie jest większe czy bardziej prawdziwe. Tylko o to, że rodzic, szczególnie małego dziecka, nie decyduje o tym, kiedy wreszcie może odpocząć. Ja np. jestem cholernie zajęta, wnuczką też z chęcią się zajmuję bardzo często, naprawdę mam mnóstwo spraw, ale to ja decyduję, że przychodzi moment 'stop, relaks'. A moja córka nie może, bo relaks wchodzi w grę tylko, gdy dziecko śpi albo ktoś przejmie nad nim opiekę. I to jest różnica wielkości krateru na Marsie".
Ta pani również ma rację, co pokazuje, że każda ze stron, patrząc ze swojej perspektywy ma pewne podstawy, by myśleć tak, a nie inaczej. Rodzicom czasami jest o tyle trudniej, szczególnie tym, którzy mają małe dzieci, że nie mają czasu, którym mogą zarządzać.
Często to oni muszą decydować, czy odpocząć kosztem innych obowiązków. Nie twierdzę, że osoby bezdzietne nie mają tej trudności. Myślę jednak, że bez obowiązku opieki nad dziećmi mnie (jako matce dwójki) mogłoby być łatwiej wydzielić trochę czasu na odpoczynek.
Na końcu warto więc zadać sobie pytanie nie o to, kto ma gorzej, ale czy naprawdę musimy się w ogóle licytować na zmęczenie. Rodzicielstwo nie daje monopolu na wyczerpanie, tak samo jak brak dzieci nie oznacza życia bez problemów. Każda z tych grup funkcjonuje w innym rytmie, z innymi ograniczeniami i innym ciężarem odpowiedzialności.
Zamiast wzajemnie podważać swoje doświadczenia, dużo więcej zyskalibyśmy, gdybyśmy wszyscy byli dla siebie bardziej życzliwi, empatyczni i uznali, że cudze zmęczenie nie sprawia, że moje jest mniej ważne. Bo świat naprawdę nie stanie się lepszy ani dla rodziców, ani dla osób bezdzietnych wtedy, gdy udowodnimy, kto ma ciężej – tylko wtedy, gdy przestaniemy sobie to nawzajem wypominać.
