nauczycielka w klasie
Rodzice w mailach nie mają zahamowań, ale twarzą w twarz nagle łagodnieją. fot. Reporters/GYS/REPORTER
Reklama.

Lubię swoją pracę, ale rodzice dają mi w kość

"Jestem nauczycielką i naprawdę lubię swoją pracę. Uwielbiam momenty, gdy uczniowie coś zrozumieją, gdy widzę ich postępy, gdy potrafią spojrzeć na mnie z uśmiechem, bo coś im się udało. Właśnie dla tych chwil warto pracować w szkole. Ale potem otwieram wiadomości od rodziców – i ta cała radość momentalnie znika. Rodzice potrafią dać się we znaki. I to nie dlatego, że się martwią o dzieci – to zrozumiałe. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie chodzi już o troskę, ale o wyładowanie swojej frustracji. Ich zachowanie bywa czasem tak absurdalne, że aż można się złapać za głowę...

Wiadomości, po których ręce opadają

Kiedy wchodzę do e-dziennika i otwieram wiadomości od rodziców, widzę tam wszystko. Dosłownie wszystko. Od żądań natychmiastowego zmienienia oceny, przez oburzenie, że ośmieliłam się dać pracę domową, po oskarżenia o faworyzowanie innych uczniów.

'Jakim prawem mój syn dostał jedynkę?! Przecież on umie to zadanie!' – pisze jeden z rodziców.

'Moje dziecko mówi, że pani niesprawiedliwie ocenia i że w klasie jest faworyzowanie. To skandal!' – rzuca ktoś inny, oczywiście bez podawania żadnych konkretów.

'Dlaczego dzieci muszą pisać sprawdzian w piątek? Przecież to niehumanitarne!' – kolejna wiadomość, jakby piątek był dniem, w którym edukacja przestaje obowiązywać.

Bywa i tak, że rodzice wchodzą na poziom personalnych ataków. W moją stronę leciały już określenia typu 'bezduszna', 'pozbawiona empatii', a nawet sugestie, że 'chyba się na kimś wyżywam'.

A potem przychodzą na zebranie i...

I nagle ci sami rodzice, którzy jeszcze chwilę temu wypisywali groźne maile i wiadomości, siadają przede mną na zebraniu. I co się dzieje? Zmiana o 180 stopni.

'Och, wie pani, on miał ciężki tydzień, dlatego ta jedynka…' – mówi mama chłopca, która wcześniej oskarżała mnie o niesprawiedliwość.

'No tak, sprawdzian w piątek to może nie był najlepszy pomysł, ale wie pani, my po prostu chcemy, żeby nasze dzieci dobrze się czuły…' – mówi tata, który jeszcze dzień wcześniej domagał się natychmiastowej zmiany terminu i sugerował, że nie myślę o uczniach.

Patrzę na tych ludzi i mam wrażenie, że to zupełnie inne osoby. W wiadomościach nie mają zahamowań, potrafią pisać ostro, bez szacunku, czasem nawet agresywnie. Ale kiedy przychodzi do rozmowy twarzą w twarz – nagle łagodnieją, robią się uprzejmi, pełni wyrozumiałości.

Czy nauczyciel to wróg?

Nie wiem, z czego to wynika. Może internet daje ludziom poczucie anonimowości i bezkarności? Może łatwiej jest wylać złość na klawiaturę niż spojrzeć komuś w oczy i powiedzieć to samo? Jedno wiem na pewno – w takich momentach czuję się jak wróg numer jeden. Jakbym nie była nauczycielką, która chce dobrze dla dzieci, tylko kimś, kto działa na ich szkodę. A przecież to absurd! Nie oczekuję, że rodzice zawsze będą się zgadzać z moimi decyzjami. Wiem, że mają prawo pytać, wątpić, nawet krytykować. Ale czy naprawdę trzeba to robić w taki sposób? Czy nie da się rozmawiać normalnie, bez krzyku, bez oskarżeń?".

(Imiona bohaterów zostały zmienione).

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl
Czytaj także: