Sylwia Kubryńska autorka książki: "Mama"
Sylwia Kubryńska autorka książki: "Mama" Prawo autorskie: donot6 / 123RF Zdjęcie Seryjne

Sylwia Kubryńska – polska feministka, felietonistka i matka napisała książkę "Mama", która miała premierę tuż przed Dniem Mamy. – Bardzo bym chciała, żeby tę książkę przeczytały nie tylko kobiety, matki, te które przeszły ten hardcore, o którym piszę – ale też faceci – odpowiada w wywiadzie autorka. Co kryje się pod słowem Mama? W książce Sylwia Kubryńska odsłania niewygodną prawdę – opisuje piekło kobiet, a ściśle matek.

REKLAMA
Dlaczego w książce zdecydowałaś się na tak brutalny, ponury wydźwięk macierzyństwa? Co zainspirowało cię do opisania historii samotnej, zagubionej, młodej matki?
Ta historia wcale nie jest trudna. Trudne jest życie samotnej matki w Polsce. Zresztą nie tylko samotnej matki z definicji, bo matka bardzo często bywa osamotniona. A skoro tak jest, to warto o tym napisać, może to coś zmieni, może kogoś skłoni do refleksji? Bardzo bym chciała, żeby tę książkę przeczytały nie tylko kobiety, matki, te które przeszły ten hardcore, o którym piszę – ale też faceci. Już wiem, bo kilku się do mnie zwróciło, że to o czym ja piszę w książce, to jest dla nich kosmos, nowa planeta do odkrycia. Coś, czego nie wiedzieli, bo przecież trudy macierzyństwa to tabu, u nas mówi się tylko o „cudzie narodzin” i błogosławieństwie bycia mamą.
logo
Sylwia Kubryńska "Mama" Materiały własne
“Rośnie we mnie własna zagłada” – tak napisałaś o ciąży bohaterki. Stany wewnętrzne, które opisujesz są bardzo obrazowe i realistyczne. Czy książka odzwierciedla twoje uczucia i emocje, które tkwiły (tkwią) w stosunku do całego macierzyństwa?
Moja własna zagłada, czyli koniec mnie takiej jaką byłam, jaką już nigdy nie będę. Kobieta, która staje się matką, zaczyna być jakby dwuorganizmem, jest ona i dziecko, jakby straciła bezpowrotnie swoją odrębność, prawo do swoich uczuć, emocji, które już zawsze muszą być pozytywne, zwłaszcza w stosunku do dziecka. To też zagłada wolności, bo nie wyjdziesz sama przed siebie, już zawsze niewidzialna siła będzie kazała ci szybko wracać do dziecka. Ty sama jesteś dla siebie strażniczką, kontrolerem, policjantką myśli. Kolejna zagłada to zniszczenie ciała, blizny, rozstępy, tusza. Wszystko się zmienia, a ja nie mogę nic na to poradzić, muszę się poddać wyrokowi. Tak, to są moje uczucia i jestem pewna, że nie jestem w tym sama. Tylko, że nie należy o tym mówić, bo nazwą cię złą matką, histeryczką, wariatką, wynaturzeniem. A prawda jest taka, że ta presja społeczna to wynaturzenie, to brak empatii, zrozumienia, że matka może być niedoskonała, może popełniać błędy i źle się w tej roli czuć. Po prostu.
W książce jest dużo smutku, cierpienia, samotności, bólu, emocji w szarych odcieniach. Czy nie bałaś się, że "zarazisz" czytelnika takim odcieniem uczuć?
Nie myślę o tym, czy kogoś do czegoś zrażę pisząc książki. Piszę, jak czuję. Piszę prawdę. A prawda jest właśnie taka: w szarych odcieniach. Jeśli ktoś chce utrzymywać swój nastrój na poziomie disnejowskim, zawsze może sięgnąć po kolorowe pisma dla mam. Tam się dowie, kiedy starkować marchewkę i jaki jest najnowszy model wózka spacerowego, ale nie dowie się, co robić, kiedy już naprawdę nie ma siły. Bo tam nie ma miejsca na taką sytuację, tam są same doskonałe mamy, które z radością skaczą nad niemowlęciem od świtu do nocy i jeszcze w nocy, rzecz jasna. A ja piszę: masz prawo nie mieć siły. Bo jak sobie tego prawa nie dasz, zrobisz sobie krzywdę. Sobie i... dziecku. Tak jak moja bohaterka.
Czy według ciebie książka “Mama” to obraz macierzyństwa większości Polek? Czy tak to właśnie wygląda? Czy może przeciwnie, bohaterka opisana w książce to odosobniony przypadek?
Tak, jestem pewna, że każda matka w Polce dźwiga w sobie ogromne poczucie winy. Wyrzuty sumienia, że nie jest, nie była, tak dobra, jak powinna. Oczywiście, nie wiadomo, jaka powinna być, ale na pewno nie taka, jaką jest. To jest efekt opresyjnej kultury, choćby tego mitu Matki Boskiej, która jest tak doskonała, że bez seksu zaszła w ciążę, bez stwarzania komukolwiek problemów urodziła w grocie, a potem poświęciła całe życie – nie starzejąc się wizualnie – dla swojego syna. Który stał się Bogiem. Kto temu sprosta? Oczywiście nikt, ale staramy się. Tym staraniem wybrukowane jest piekło. Piekło kobiet, a ściśle: matek.
To książka, która pokazuje brutalne postrzeganie kobiet w rodzinie, pracy, relacji, uczelni. Czy uważasz, że w polskiej rzeczywistości jest aż tak źle?
Gdybym tak nie uważała, nie napisałabym tej książki. Nie spotkałam do tej pory kobiety, która by nie miała jakiegoś bolesnego wspomnienia z młodości, z uczelni, z pracy z tytułu przykrości, których doznała tylko dlatego, że jest kobietą. Oczywiście, różnie sobie z tym radzimy. Czasem to bagatelizujemy, wypieramy, machamy ręką. Albo wręcz bronimy tego, twierdząc, że to przecież fajne: dostać od szefa klapsa w tyłek. Albo cierpieć podczas porodu. Tylko że to jednak boli, coś złego w nas wywołuje. Najgorsze jest to, że stajemy się wrogami dla samych siebie, nie bronimy swoich córek, nie jesteśmy po ich stronie. Nazywam to syndromem zemsty. Ja miałam źle, to moja córka też niech rodzi w potwornych bólach. To taka choroba z braku empatii. Zarażamy nią kolejne pokolenia.
Co przede wszystkim chciałaś przekazać czytelnikowi?
Miłość. W pierwszej kolejności: do samej siebie. Ta miłość być może pozwoli nam sobie wybaczyć. Uwolnić się od poczucia winy, które, jak powiedziałam, toczy każdą matkę. Kiedy pokochamy siebie, nauczymy się sobie wybaczać, powiedzieć: nie umiałam inaczej, nie wiedziałam. Trudno, stało się, teraz bym to zrobiła inaczej, ale przecież wciąż jestem mamą, dałam życie. Dzięki mnie moje dziecko może odczuwać radość, pływać w jeziorze, patrzeć na kwitnące drzewa. To taki rodzaj miłości, który daje wolność. Prawo do odczuwania, do przeżywanie siebie, własnych emocji. I tu właśnie rodzi się kolejna miłość. Czysta, nie obciążona żadnym przymusem – miłość do dziecka.
W książce opisujesz też samotność, depresję matki przed ciążą, ale również po. Czy zależało tobie też na pokazaniu depresji kobiet?
Ja tego nie nazywam w żaden sposób. Nie zależy mi na diagnozowaniu jednostki chorobowej. Raczej pokazuję ten wachlarz emocji, tę walkę, w której młoda dziewczyna bardzo się stara, a jednak przegrywa. Bo nikt jej nie chce pomóc, ale wszyscy chcą oceniać, rozliczać, krytykować. Wszyscy od niej wiele wymagają, ale zapominają, że ona jest sama na świecie i ma na głowie olbrzymi ciężar. A jak jej się noga powinie, to będzie pokazywana w telewizji jako zła matka. Znamy ten obraz, te wstrząsające doniesienia z mediów, kiedy dziecku dzieje się krzywda. Pierwszy, odruchowy komentarz jest zawsze takie sam: co to za matka! Nigdy nie słyszałam: co to za ojciec. A ojciec mojej bohaterki nawet nie wie, że mu się dziecko urodziło. Jest daleko, ma gdzieś jej ból i zmagania. Jego nikt z niczego nie rozlicza. Nawet z alimentów.
O sobie piszesz: “Zostałam matką w wieku 20 lat. Wcześniej nauczyłam się zmieniać pieluchy na młodszej siostrze. Musiało mi to wystarczyć, bo w szkole nie dowiedziałam się niczego”? Czy według ciebie jest w ogóle coś takiego jak dobry czas na zostanie mamą?
Myślę, że to jest indywidualna sprawa. Każdy czuje, czy to ten moment, czy nie. Ale byłam też świadkiem porodu dziewczyny szesnastoletniej i widziałam, jak bardzo się bała tego, co się z nią dzieje. Nie zaszkodziłaby wcześniejsza edukacja seksualna takim dziewczynkom. Tymczasem nie ma takiej edukacji, co gorsza, do dziś pokutuje totalne tabu w tym temacie, rodzice w ogóle nie rozmawiają z dziećmi o seksie. Taka dezorientacja nie pomaga wejść w dorosłe życie, w rodzicielstwo.
logo
Fot. Bartosz Kubryński
W książce jest wiele takich sytuacji, w których sugerujesz, że społeczeństwo w macierzyństwie nie pomaga, wręcz przeciwnie utrudnia. Nasuwa mi się na myśl opisana sytuacja wizyty lekarskiej. Młoda matka, wyczuwa guz i podejrzewa raka. W gabinecie słyszy coś, czego usłyszeć i poczuć nie chciała. Lekarka kazała jej znaleźć sobie zajęcie, bo w bezczynności przychodzą różne głupie myśli do głowy. Druga sytuacja to błyskawiczny powrót do pracy,  o którym piszesz: “Ze studentki stałam się bizneswoman, w tym raczkującym, wściekłym, świeżo narodzonym kapitalizmie”. Ciąża, macierzyństwo to dla ciebie coś w rodzaju wojny? Społeczeństwo nie jest nauczone godnego traktowania matek z dziećmi?
Absolutnie nie. Proszę się przyjrzeć, jak traktuje się matki. Kobieta, która karmi dziecko piersią jest nazywania maciorą. Autorytety nazywają kobiety wózkowymi, roszczeniowymi babami. Kiedyś zrobiła się wielka afera, bo matka przewinęła niemowlę w restauracji. Tymczasem nikomu nie przeszkadza wszechobecna agresja młodych mężczyzn, głośne bluzganie, śmiecenie, plucie itd. Przywykliśmy do chamstwa, ale na kimś musimy się wyżyć. Najłatwiej na matce z dzieckiem. Mężczyzn odznacza się za jakieś zasługi wojenne, czy polityczne. A to, że w tym czasie, gdy oni walczyli, kobiety rodziły w piwnicach, schronach? Karmiły kolejne pokolenia, dbały o ich bezpieczeństwo? Czemu nie ma za to medali? Przecież dzięki nim jesteśmy. I smutna konkluzja na koniec: kto ma pozycję uprzywilejowaną w Polsce. Księża. Czyli mężczyźni, którzy nie mają nic wspólnego z przedłużaniem gatunku. Z punktu widzenia natury, to jest po prostu śmieszne. Takie osobniki wyleciałyby z hukiem z każdego ula. Bo tam jest tak, jak powinno być. Najważniejsza jest matka. Królowa matka. U nas matka jest służką.
O wsparciu piszesz: “Nade mną też nikt się nie lituje, nikogo nie obchodzi fakt, że mam dziecko i żadnego wsparcia znikąd”. Są momenty w książce, w których odnoszę  wrażenie, że bohaterka ma negatywny stosunek do otaczającego świata, nie widzi tego, co dobre. I wcale nie oznacza, że nikt jej nie pomógł, tylko po prostu ona nie potrafi zauważyć nawet tych drobnych gestów ludzkiej dobroci. Świat jest zły?
To nie świat jest zły, ale zły jest model, w który się wpasowaliśmy. Moja bohaterka ma momenty rezygnacji, bo wyszła ze środowiska krytykanckiego, surowego, nieempatycznego. Nikt jej nie nauczył miłości, więc ona jej nie umie dostrzegać. Boi się dobroci, którą spotyka, odrzuca ją. To bardzo częste w naszym społeczeństwie. Tak bardzo chcemy być kochani, że gdy spotykamy miłość, uciekamy od niej w lęku, że jednak okaże się, że nie da się nas kochać. Lgniemy za to tam, gdzie słyszymy te same gorzkie słowa, które słyszeliśmy w dzieciństwie. Moja „Mama” od tego nie odbiega. Jest taka, jak my wszyscy. Zatruta brakiem miłości, uzależniona od hormonu stresu, od bólu duszy. Nie umie docenić tego, co dobre, bo ona nie odczytuje dobra, to dla niej za trudne. Musi sporo przeżyć, żeby zrozumieć, jakie to proste.
Co radziłabyś kobietom,które czują, że do macierzyństwa stworzone nie są?
Nie tylko im, każdej kobiecie bym mogła powiedzieć: skup się na sobie, na swoich potrzebach. I spełniaj je. Jeśli twoje potrzeby nie ujmują macierzyństwa, to wcale nie jest źle. Życie jest piękne pod każdym względem, jest mnóstwo sposobów, aby się spełnić. Ktoś nam nawbijał do głowy, że to tylko macierzyństwo. Ale wyobraźmy sobie, że ktoś wmawia mężczyznom, że muszą być ojcami, inaczej ich życie nie ma sensu. Postukaliby się w czoło.
Czy spotykasz się z takimi komentarzami, wyznaniami, być może e-mailami, w których matki dzielą się, że nie kochają swojego dziecka, ciąży nigdy nie chciały i że marzą o innym życiu, czują się jak w klatce?
Nie. Przynajmniej na razie żadna się nie odważyła. Ale ja znam takie przypadki, widziałam nieraz, jak kobieta się męczyła, stając się katem dla swoich dzieci. Kiedyś byłam w bardzo trudnej sytuacji, bo dziewczyna, którą lubiłam, z którą mnie wiele łączyło, znęcała się nad dzieciakami, a wieczorem zapijała wyrzuty sumienia. Byłam zmuszona zadzwonić po pomoc, na Niebieską linię. Powiedziałam jej to, wyrzuciła mnie z domu. Ale potem mi podziękowała. Poszła na terapię, pozwoliła sobie pomóc. Już nie była sama. Samotność matki jest okrutna, prowadzi do depresji, do alkoholizmu, do przemocy. Nie wolno nic głośno powiedzieć, bo głośne przyznanie się do tego, co się czuje, łączy się z potępieniem. „Lepiej” zacisnąć zęby i rozgrywać swój koszmar w czterech ścianach. A przecież to jest powielanie dramatu, te dzieciaki wyjdą z tego poranione i będą tak samo nieszczęśliwe jak ich matka. I to samo zafundują swoim dzieciom. Moja książka to taka próba przerwania tego zaklętego kręgu. Wołanie o pomoc w imieniu matek.
Nigdy nie odzyskane dzieciństwo – czy taka myśl czeka syna bohaterki, Piotrka w dorosłości?
Moja bohaterka miała właśnie takie – nieodzyskane dzieciństwo. Ten dramat przekazała synowi, jak chorobę dziedziczną. Inaczej nie umiała. Ale ona jeszcze żyje. Może to naprawić. I to właśnie chciałam przekazać: dopóki żyjemy, możemy wszystko. Możemy na nowo pokochać swoje dziecko, otoczyć je miłością, akceptacją, zrozumieniem, szacunkiem. Moja bohaterka jest gotowa przeprosić syna. To wielka odwaga, ale też ulga dla obojga. Chciałam poprzez tę historię zachęcić do tego aktu odwagi. Powiedz: przepraszam. Przepraszam cię synu, nie umiałam inaczej. Kocham cię i chcę żebyś był szczęśliwy.
Pod koniec książki piszesz o nadziei. Ujmujesz ją jako radość i bardzo pojemne uczucie. Dokładnie piszesz o niej tak: “Nadzieja to radość, a radość to bardzo pojemna emocja. Skąd się u mnie wzięła? Kiedyś czytałam w jakimś poradniku, że kiedy coś czujesz, a nie wiesz czemu, spróbuj zapisać obok emocji jej źródło. Czy bohaterka nadzieję rzeczywiście daje?
To już raczej powinni ocenić czytelnicy. Ufam, że poczują nadzieję, że się nią zarażą. Nadzieja daje wielką siłę, dzięki niej możemy wiele zdziałać, a także pokonać słabości. Moja bohaterka poczuła nadzieję, a wraz z nią poczuła siłę, że mimo wszystkich swoich błędów, potknięć, dramatów – ona może pomóc swojemu dziecku odzyskać życie. Bo przecież ona je dała. Może wszystko. To ona jest Bogiem.