7 powodów, dla których rodzice nie powinni nazywać intymnych części ciała w "uroczy" sposób. Lektura obowiązkowa!

Dlaczego dorośli nie używają właściwego nazewnictwa w odniesieniu do miejsc intymnych? Czy jest to dobre dla dzieci?

"Ptaszek", "ciasteczko", "motylek", "paróweczka", "myszka", "cipulka” - to tylko niektóre z całej serii określeń, które pojawiają się w wypowiedziach rodziców. Dzieci chłoną wiedzę i wychodzą z założenia, że właśnie tak nazywają się poszczególne części ciała.

Dlaczego nie wszyscy rodzice używają słów takich jak: pochwa, penis, pośladki, piersi, srom, czy jądra? Czy te nazwy są wulgarne? Czy są wstydliwe?

Oto 7 powodów, dla których warto mówić prawdę
1. Jeżeli używamy prawidłowych nazw części ciała, a dziecko nagle zacznie używać innych, będzie to dla nas sygnał, że w jego otoczeniu pojawił się ktoś, kto mówi przy dziecku o miejscach intymnych. Oczywiście może to być efekt "potajemnych" rozmów z kolegami w przedszkolu lub szkole, ale może być to także sygnał kontaktu z dorosłą osobą.

2. Stosowanie właściwych słów, może ustrzec także przez zagrożeniem. Pedofilowi zdecydowanie łatwiej jest czerpać ze słownictwa stworzonego na potrzeby dzieci. Może udowodnić w ten sposób dziecku, że dotykanie "ptaszka", "pieska", czy "motylka", będzie dla dziecka formą miłej zabawy, a nie czymś złym. Dziecku z kolei takie słowa na pewno nie będą kojarzyć się z jakimś zagrożeniem, więc będzie bardziej podatne na zwabienie i wykorzystanie.


3. Używanie prawidłowych nazw pomoże dziecku zrozumieć zmiany, jakie zachodzą w jego ciele. Okres dojrzewania jest trudny dla młodzieży, jeżeli będziemy rozmawiać z nimi, używając właściwych nazw, dzieci poczują, że nie bagatelizujemy ich problemów. Nie będą one śmieszne i mało ważne.

4. Dzieci będą wiedziały dzięki temu same, jak określić i nazwać swoje problemy choćby w czasie wizyty u lekarza. Słowa "boli mnie tam", nie ułatwią lekarzowi zadania, a wstyd nie pomoże dobrze zdiagnozować i pomóc.

Może cię zainteresować także: Brak edukacji seksualnej sprzyja pedofilom


5. Nie można uczyć dziecka, że słowa ”wagina”, czy ”penis” są wstydliwym tematem, o którym nie powinno się mówić głośno. Oprócz tego, że może to być przeszkodą w przyszłości choćby w określeniu swoich potrzeb seksualnych, o tyle wiedza taka, może sprawić, że gdy dojdzie już do molestowania, dziecko nie będzie chciało z nikim o tym rozmawiać. Nauczone, że są to tematy tabu, może posłuchać swojego prześladowcy, który da mu wyraźny komunikat, że ma z nikim nie rozmawiać o tym, co się wydarzyło.

6. Dziecko, które używa prawidłowego nazewnictwa, na pewno będzie bardziej wiarygodnym świadkiem w sądzie, jeżeli dojdzie już do przestępstwa. Opisując zdarzenie, że pan X dotknął jej/jego ”piersi”, ”penisa”, czy ”warg sromowych”, da sędziemu sygnał, że jest świadomym dzieckiem. Gdyby używało słów zdrobniałych, z języka dziecięcego, można byłoby podważyć, czy ”kwiatuszek” na pewno określa pochwę.

7. Warto nauczyć dziecko jak reagować w niebezpiecznej sytuacji. ”Nie dotykaj mojego penisa”, wykrzyczane agresorowi w twarz, na pewno będzie dla niego sygnałem, że dziecko ma jakąś wiedzę na temat własnego ciała i jego ochrony, co być może zniechęci go do dalszych prób wykorzystania dziecka.

Wielu rodziców myśli, że ich dziecka nie dotyczą takie problemy. Są przekonani, że pedofilia i molestowanie dzieci, dzieje się gdzieś daleko, w odległych miejscach. Niestety wielokrotnie potwierdzono, że to właśnie w najbliższym otoczeniu dochodzi do wykorzystywania dzieci i to przez tzw. ”wujków”. W tym kontekście rozmowa z dzieckiem i używanie właściwego nazewnictwa, jest absolutną koniecznością. Korzyści z tego płynące wydają się niepodważalne.

źródło: huffingtonpost
e2epublishing.info
Trwa ładowanie komentarzy...