nastolatkowie na hulajnodze
Nowa plaga na polskich ulicach? "Kukiriniarze" budzą coraz większą złość. Policja pokazuje niepokojące dane o wypadkach. fot. Pixabay.com

Jeszcze niedawno mało kto znał słowo "kukiriniarz", dziś coraz częściej pojawia się ono w internetowych komentarzach dotyczących nastolatków pędzących na hulajnogach elektrycznych o dużej mocy. Za nowym określeniem stoją konkretne problemy: łamanie przepisów, niebezpieczna jazda, rosnąca liczba wypadków, ale także coraz ostrzejszy społeczny hejt wobec całej grupy młodych użytkowników. Nawet po śmiertelnych wypadkach pojawiają się głosy: "takich nie szkoda"...

REKLAMA

Skąd wziął się "kukiriniarz"?

Nazwa pochodzi od KuKirin, chińskiej marki produkującej hulajnogi elektryczne. Jej mocniejsze modele znacząco różnią się od typowych miejskich hulajnóg, które większość osób kojarzy z krótkimi przejazdami po mieście.

Przykładem jest KuKirin G2 Max, który może osiągać prędkość 55 km/h. Dla porównania: polskie przepisy ograniczają prędkość hulajnogi elektrycznej na drodze dla rowerów i jezdni do 20 km/h.

Warto jednak wiedzieć, że coraz częściej spotyka się kierowców hulajnóg pędzących 70, a nawet 100 km na godzinę. Aleksandra Tchórzewska pisała w naTemat o rodzicach, którzy sami proszą serwisy o zdjęcie blokad na urządzeniu, by te mogło jechać szybciej.

"Czy jest szansa, że zdejmą państwo blokadę, żeby syn mógł jeździć szybciej niż 20 km/h? 15-latek chciałby już trochę poszaleć. Taką wiadomość wysyłam do serwisów z hulajnogami w całej Polsce" – o czym możecie przeczytać tutaj. Określenie "kukiriniarz" początkowo miało być przede wszystkim prześmiewczą etykietą kierowaną do właścicieli mocnych hulajnóg KuKirin. Z czasem zaczęto jednak używać go szerzej – wobec młodych osób, które jeżdżą bardzo szybko, lawirują między pieszymi, przewożą pasażerów czy nagrywają swoje wyczyny.

Wydaje się także, że określenie to jest coraz bardziej pejoratywne, a empatia społeczna wobec wypadków kierowców hulajnóg coraz mniejsza. Nawet jeśli chodzi o dzieci

*W internecie funkcjonują zresztą dwie wersje nazwy: "kukiriniarz" oraz "kukiryniarz".

"Brokuły", "dawcy" i coraz ostrzejszy język

Wraz z popularnością tego określenia rośnie również fala krytyki. W komentarzach internetowych można znaleźć określenia takie jak "dawcy", nawiązujące do stereotypu młodych motocyklistów jeżdżących brawurowo, a także obraźliwe zwroty w rodzaju "j***ne brokuły kukiriniarze".

Skąd "brokuły"? To określenie nawiązuje do charakterystycznych fryzur części nastoletnich chłopców, kojarzonych z tzw. fryzurą brokułową. W połączeniu ze słowem "kukiriniarz" staje się kolejną etykietą mającą opisać określony typ młodego użytkownika hulajnogi.

Problem polega jednak na tym, że internetowy stereotyp zaczyna obejmować znacznie większą grupę osób niż tylko tych, którzy rzeczywiście łamią przepisy. I właśnie przed takim uproszczeniem przestrzega dr Karol Jachymek, kulturoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS.

"Jedno słowo potrafi zbudować całą narrację o zjawisku. Nagle hulajnogarz staje się młodym gniewnym, łobuzem, który zagraża przechodniom" – mówi dr Jachymek.

Ekspert podkreśla jednocześnie, że osoby jeżdżące w sposób niebezpieczny oczywiście istnieją, ale nie można automatycznie przypisywać takich zachowań wszystkim młodym użytkownikom hulajnóg.

Jak mówi: "Tacy użytkownicy oczywiście istnieją, ale byłoby dużym uproszczeniem uznać, że wszyscy młodzi jeżdżący na hulajnogach są kukiryniarzami".

To nie tylko mem. Na ulicach rzeczywiście dochodzi do wypadków

Za internetowymi żartami i coraz ostrzejszym językiem stoi jednak realny problem bezpieczeństwa. Według danych Komendy Głównej Policji w 2025 roku doszło do 1158 wypadków z udziałem użytkowników hulajnóg elektrycznych. Zginęło w nich 11 osób, a 1055 zostało rannych.

Jeszcze bardziej niepokojące są dane dotyczące pierwszych miesięcy 2026 roku. Od stycznia do lipca odnotowano 828 wypadków, podczas gdy w tym samym okresie rok wcześniej było ich 702. Liczba ofiar śmiertelnych wzrosła natomiast z 5 do 11.

Policja wskazuje również na wiek sprawców wypadków. W całym 2025 roku najwięcej wypadków spowodowały dzieci w wieku 7–14 lat – 243 przypadki. W grupie nastolatków w wieku 15–17 lat było ich 149, a to pokazuje, że rozmowa o bezpieczeństwie dzieci i nastolatków korzystających z mocnych hulajnóg nie jest wyłącznie internetowym trendem.

Rodzice też muszą wiedzieć, czym jeździ ich dziecko

W przypadku najmłodszych użytkowników szczególne znaczenie ma świadomość rodziców. Mocna hulajnoga może wyglądać jak większa wersja popularnego miejskiego jednośladu, ale jej możliwości bywają zupełnie inne.

Warto więc przed zakupem sprawdzić nie tylko cenę i zasięg urządzenia, lecz także jego prędkość, moc oraz przeznaczenie. Rodzic powinien również wiedzieć, gdzie dziecko zamierza jeździć i czy zna obowiązujące przepisy.

W przestrzeni publicznej odpowiedzialność nie kończy się przecież na samym dziecku. W przypadku niektórych nielegalnych zachowań rodzice mogą ponosić konsekwencje finansowe. Wcześniej głośno było choćby o przypadku 5000 zł mandatu dla matki 14-latka, który uciekał przed policją na elektrycznym crossie Surron.

To właśnie dlatego określenia takie jak "surroniarz" czy "kukiriniarz" coraz częściej pojawiają się w rozmowach rodziców. Za pozornie niewinnym gadżetem może kryć się pojazd, którego możliwości zdecydowanie przekraczają to, do czego przyzwyczaiły nas miejskie hulajnogi.

Prawo coraz mocniej reguluje jazdę dzieci

Przepisy dotyczące najmłodszych użytkowników również się zmieniają. Od marca 2026 roku osoby poniżej 13. roku życia nie mogą jeździć hulajnogą elektryczną po drodze publicznej, natomiast od czerwca obowiązek jazdy w kasku obejmuje osoby do 16. roku życia. Starsze dzieci i młodzież potrzebują natomiast karty rowerowej. Wszystko to ma ograniczać ryzyko w sytuacji, gdy dziecko korzysta z pojazdu, który może osiągać znacznie większą prędkość niż standardowa hulajnoga miejska.

Problem nie polega wyłącznie na tym, że młodzi ludzie jeżdżą coraz szybszymi hulajnogami, ale także na tym, że bezpieczeństwo często przegrywa z brawurą i chęcią pokazania czegoś w internecie. Jednocześnie warto oddzielić osoby rzeczywiście łamiące przepisy od tysięcy młodych ludzi, którzy korzystają z hulajnóg zgodnie z zasadami, bo określenia w rodzaju "dawcy", "brokuły" czy "kukiriniarze" łatwo zamieniają realny problem bezpieczeństwa w zbiorowy hejt.

Dla rodziców najważniejsze powinno być więc nie to, jak nazywa się dana hulajnoga, tylko czy dziecko zna przepisy, rozumie ryzyko i potrafi bezpiecznie korzystać z pojazdu, który może rozwijać bardzo duże prędkości.

Źródło: natemat.pl

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl