Dorosły trzyma za rękę idące obok dziecko w parku, widok od tyłu
Kampus Production / Pexels

Dla wielu rodziców babcia i dziadek to pierwszy, a czasem jedyny plan opieki — gdy w żłobku brakuje miejsc, a dziecko znów choruje. Tyle że dzisiejsze pokolenie dziadków coraz częściej ma własne plany i prawo, by przy nich zostać. Skąd się bierze to, że tak mocno opieramy opiekę na dziadkach, i co robić, gdy przestają być dostępni?

REKLAMA

Dlaczego babcia bywa planem A, B i C naraz?

Gdy w żłobku brakuje miejsc, a dziecko łapie w przedszkolu trzecią infekcję w miesiącu, pierwszy telefon wielu rodziców trafia nie do pracy, tylko do babci. Dziadkowie bywają naraz planem awaryjnym na chorobę, codziennym odbieraniem z przedszkola i jedyną szansą na wieczór we dwoje. W polskich domach ta opieka jest tak oczywista, że rzadko w ogóle nazywamy ją opieką — po prostu „babcia weźmie".

Jak często dziadkowie naprawdę zajmują się wnukami?

To nie tylko wrażenie, lecz zjawisko policzone. Z analizy opieki dziadków w Europie opartej na dużym badaniu SHARE wynika, że średnio 46 proc. babć i dziadków deklaruje jakąkolwiek opiekę nad wnukami, a mniej więcej co czwarty zajmuje się nimi przynajmniej raz w tygodniu.

Skala bywa różna w zależności od kraju — od około jednej czwartej do blisko sześćdziesięciu procent. Dla porównania, według danych Eurostatu o opiece nad małymi dziećmi w 2020 roku mniej więcej co piąte dziecko poniżej trzeciego roku życia w Unii było regularnie pod opieką dziadków, innych krewnych lub opiekunki.

Co to mówi o polskich rodzinach?

Polska należy do krajów, w których formalnej opieki dla najmłodszych wciąż brakuje — żłobek obejmuje zaledwie około jednej dziesiątej dzieci do trzeciego roku życia. Badacze nazywają taki układ „familializmem z konieczności": rodzina opiekuje się sama nie dlatego, że świadomie tak wybrała, lecz dlatego, że nie ma realnej alternatywy. Lukę po brakujących miejscach w żłobkach wypełniają wtedy właśnie dziadkowie — często kosztem własnej pracy, zdrowia i planów.

Dlaczego dziadkowie coraz częściej mówią „nie"?

Dzisiejsi pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatkowie to inne pokolenie niż babcie sprzed trzydziestu lat. Wielu wciąż pracuje, podróżuje, ma swoje pasje i nie zamierza z nich rezygnować. Coraz głośniej mówią o tym same zainteresowane — zdarza się, że babcie wprost odmawiają stałej opieki nad wnukami.

Podobny ton słychać w rodzinach, w których dziadkowie mają własne plany i nie chcą spędzać z wnukami każdych wakacji. To nie złośliwość, tylko prawo do własnego życia — takie, o jakim ich rodzice często nie mogli nawet pomyśleć.

Skąd biorą się rodzinne spięcia?

Tam, gdzie opieka dziadków jest codziennością, prędzej czy później pojawiają się tarcia o zasady. Dziecko szybko wychwytuje, że co innego wolno u babci niż w domu, i potrafi to sprytnie rozgrywać.

Rodzice bywają też rozdarci, gdy dziadkowie rozpieszczają wnuki słodyczami i prezentami wbrew wcześniejszym ustaleniom. Łatwo wtedy o pretensje, choć intencje zwykle są dobre.

Zdrowym odruchem nie jest awantura, lecz spokojne stawianie dziadkom granic — jasne, ale z szacunkiem dla tego, co wnoszą. Dzieci dobrze znoszą różnice między domami, jeśli dorośli nie robią z nich pola bitwy.

Co zrobić, gdy babci nagle zabraknie w grafiku?

Ten trudny scenariusz warto przemyśleć, zanim stanie się faktem. Dobrze jest nie opierać całej logistyki rodziny na jednej osobie: rozłożyć opiekę między oboje rodziców, sprawdzić elastyczne godziny albo pracę zdalną, poznać zasady zasiłku opiekuńczego i z wyprzedzeniem rozejrzeć się za miejscem w żłobku czy sprawdzoną nianią. A dziadkom, jeśli pomagają, warto po prostu dziękować i pytać o ich granice, zamiast z góry zakładać, że „przecież zawsze wezmą". Wdzięczność i realny plan awaryjny to najlepsze, co można zrobić i dla dzieci, i dla relacji z pokoleniem, które bierze na siebie tak wiele.