
Coraz częściej przeszkadzają nam cudze dzieci, ich płacz, śmiech i tupot małych stóp za ścianą. Sama jestem mamą i rozumiem, że każdy potrzebuje ciszy, ale trudno oczekiwać, że najmłodsi będą zachowywać się jak roboty, szczególnie we własnym domu. Może problemem są nie tylko dzieci, lecz także nasze przebodźcowanie, cienkie ściany i coraz mniejsza tolerancja na zwyczajne odgłosy życia innych ludzi.
Dzieci są głośne, ale ściany też mamy coraz cieńsze
Żyjemy w czasach, w których potrafi nas zirytować niemal wszystko. Ktoś głośniej rozmawia w autobusie, ktoś słucha muzyki w parku, a za ścianą sąsiad znowu robi remont. Coraz trudniej znosimy hałas, cudze nawyki i zwyczajną obecność innych ludzi. Na tej zazwyczaj są też dzieci, które przecież nie potrafią zachowywać się jak zdyscyplinowani dorośli i ich normalne, dziecięce zachowanie często jest u kogoś źródłem irytacji.
Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która nie ma dzieci. Opowiadała mi, że odkąd przeprowadziła się do nowego bloku kilka lat temu, dzieci nagle zaczęły jej przeszkadzać. Wcześniej miała z nimi sporo kontaktu w rodzinie i nigdy nie stanowiło to dla niej problemu. Dopiero kiedy zamieszkała w budynku, w którym słychać niemal każdy odgłos zza ściany, zrozumiała, jak bardzo potrafi to być męczące.
Zupełnie jej się nie dziwię. Nikt nie ma obowiązku czerpać przyjemności ze słuchania przez pół dnia płaczu obcego niemowlęcia, biegania po mieszkaniu czy krzyków podczas zabawy. Każdy chce przecież odpocząć we własnym domu, obejrzeć film, poczytać książkę albo po prostu posiedzieć w ciszy i spokoju po męczącym dniu w pracy.
Sama mieszkam w starym bloku z wielkiej płyty. Na parterze, więc nie muszę się martwić, że ktoś będzie słyszał nad głową tupot moich dzieci. A bywa u nas głośno. Moi synowie bawią się, biegają, czasem włączamy muzykę, a ich zabawa często polega na grze w piłkę w korytarzu. Staram się jednak tłumaczyć im, że są sytuacje, w których trzeba ściszyć głos, przestać skakać i pomyśleć o ludziach mieszkających obok.
Nie oczekuję, że sąsiedzi będą zachwyceni każdym odgłosem dobiegającym z naszego mieszkania. Sama też nie chciałabym przez cały dzień (albo pół wieczoru i nocy) słuchać cudzych awantur czy głośnych imprez. Mam jednak wrażenie, że w moim bloku zwyczajne odgłosy życia nie są aż tak dokuczliwe. Mieszkam tu wystarczająco długo, by wiedzieć, że ściany całkiem nieźle izolują dźwięki.
Znajomi mieszkający w nowym budownictwie opowiadają mi zupełnie inne historie. Nawet ci, którzy sami mają dzieci, narzekają, że słyszą niemal wszystko, co dzieje się u sąsiadów. Płacz niemowlęcia, rozmowy, przesuwanie mebli, kroki, a nawet odgłosy zwyczajnej zabawy potrafią skutecznie zakłócić spokój i po prostu irytować. W takich warunkach trudno mówić wyłącznie o braku tolerancji. Czasem problemem jest po prostu to, że mieszkanie nie zapewnia odpowiedniej izolacji akustycznej.
Deweloperzy powinni traktować akustykę jako ważny element komfortu mieszkańców, a nie detal, na którym można oszczędzić. Nie twierdzę, że wszystkie nowe bloki są źle wyciszone, ale historie moich znajomych pokazują, że skądś problem się bierze. A nie da się przecież wychować dzieci tak, by całe dnie chodziły na paluszkach i zachowywały się jak roboty, bo istnieje ryzyko, że zaburzą spokój sąsiadów.
Sama mam dzieci, a czasem myślę, że u sąsiadów też by mnie drażniły
Przyznam się do czegoś, co może zabrzmieć jak hipokryzja. Sama jestem mamą, a kiedy słucham opowieści o sąsiadach, którym dzieci biegają nad głowami albo płaczą za ścianą, zdarza mi się pomyśleć, że nie chciałabym trafić na takie sąsiedztwo. Po chwili jednak przychodzi refleksja: przecież to zupełnie normalne, że w bloku mieszkają rodziny z dziećmi. I że te dzieci czasem płaczą, krzyczą, śmieją się, bawią i tupią.
Mam w bloku głównie emerytów i czasem dziękuję losowi za mieszkanie na parterze. Nawet jeśli moi sąsiedzi są spokojni, nie wiem, czy sama miałabym ochotę słuchać od rana do wieczora odgłosów ich codzienności. I właśnie w tym tkwi problem. Chcielibyśmy mieszkać blisko innych ludzi, ale najlepiej tak, żebyśmy w ogóle nie musieli odczuwać ich obecności.
A przecież blok z definicji oznacza współdzielenie przestrzeni. Nie mamy osobnych domów z ogrodami, grubych murów i kilkudziesięciu metrów odstępu między jednym a drugim budynkiem. Słychać sąsiadów, czasem czuć zapach ich obiadu, a od czasu do czasu ktoś urządzi remont. To nie zawsze jest przyjemne, ale stanowi część mieszkania wśród ludzi.
Oczywiście, nie chodzi o to, by rodzice pozwalali dzieciom robić wszystko, na co mają ochotę. Jeśli maluch celowo wali zabawką w podłogę przez godzinę, a starsze dziecko urządza codzienne wyścigi po mieszkaniu późnym wieczorem, opiekunowie powinni reagować. Sama nie puszczam chłopców samopas i nie uważam, że rodzicielstwo zwalnia z myślenia o innych. Tyle że czym innym jest ignorowanie potrzeb sąsiadów, a czym innym oczekiwanie, że dzieci będą ciche przez cały dzień.
Zobacz także
Nie jesteśmy już przyzwyczajeni do dzieci
Myślę, że nasza irytacja nie wynika wyłącznie z cienkich ścian. Żyjemy w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi. Powiadomienia, wiadomości, telefony, reklamy, hałas ulicy, pośpiech, praca, obowiązki. Nawet kiedy wracamy do domu, często trudno nam naprawdę odpocząć, zwolnić i się wyciszyć. Jesteśmy zmęczeni i przebodźcowani, dlatego każdy kolejny dźwięk może działać nam na nerwy.
W takich warunkach płacz dziecka za ścianą nie jest dla nas po prostu płaczem. Staje się kolejnym bodźcem, od którego nie możemy uciec. Rozumiem to, bo sama też miewam dość hałasu. Bywa, że po całym dniu pracy marzę o kilku minutach ciszy, a moi synowie akurat mają najwięcej energii na świecie.
Zanim jednak zirytujesz się na dzieci w sąsiedztwie, postaw się na miejscu ich rodziców. Dzieci dopiero uczą się regulować emocje, kontrolować impulsy i rozumieć potrzeby innych. Potrzebują dorosłych, którzy im w tym pomogą, a nie społeczeństwa, które oczekuje, że od początku będą zachowywać się bez zarzutu.
Mam też wrażenie, że coraz rzadziej dajemy dzieciom przyzwolenie na ich typowe zachowania. W autobusie przeszkadza nam głośniejszy śmiech, w restauracji wiercenie się przy stole, w sklepie płacz, a na placu zabaw hałas.
Rodzice coraz częściej muszą się zastanawiać, czy wyjście z dzieckiem nie skończy się nieprzyjemnymi spojrzeniami albo komentarzami. Zamiast cieszyć się wspólnym wyjściem, próbują przewidzieć, czy ich dziecko przypadkiem nie będzie dla kogoś problemem.
Nie bez powodu mówi się o presji, jakiej podlegają współcześni rodzice. Mają wychowywać dzieci bliskościowo, wspierać je emocjonalnie, stawiać granice, dbać o rozwój i jednocześnie pilnować, by nie przeszkadzały nikomu wokół. Najlepiej, żeby były samodzielne, ale nie za głośne, pewne siebie, ale nie za bardzo, radosne, ale tylko wtedy, gdy nikomu nie zakłócają spokoju. To oczekiwanie jest zwyczajnie nierealne.
Nie twierdzę, że kiedyś wszyscy byli bardziej wyrozumiali, a dzieci zawsze zachowywały się lepiej. Pamiętam jednak, że w blokach toczyło się życie, na podwórkach biegały całe grupy dzieci, a ich hałas był czymś oczywistym. Dziś dzieci jest mniej, a wielu dorosłych ma z nimi na co dzień niewiele kontaktu. Kiedy więc nagle słyszą tupot małych stóp za ścianą, mogą odbierać go jako coś obcego i uciążliwego, zamiast jako zwyczajny element życia społecznego.
Nie każdy musi lubić dzieci. Nie każdy musi marzyć o mieszkaniu obok rodziny z trójką energicznych maluchów. Każdy ma prawo do odpoczynku i własnych granic. Rodzice również powinni reagować na zachowania, nad którymi mogą zapanować, i brać pod uwagę komfort innych mieszkańców.




