Postać w kostiumie Smerfa na karuzeli łańcuchowej
Osama Naser / Pexels

Kaseta ze Smerfnymi Hitami przetrwała w mojej głowie prawie trzy dekady, a teraz śpiewają z niej moje dzieci na tylnej kanapie. Sprawdziłem, skąd ten format w ogóle się wziął i co badania mówią o muzyce, którą rodzice przekazują dzieciom.

REKLAMA

Niedziela, droga do dziadków, czterdzieści minut autostradą. Na tylnej kanapie ośmiolatek i czterolatka, a z głośników leci smerfna wersja przeboju, który w oryginale znałem jako nastolatek. Córka śpiewa refren na cały głos, syn udaje, że go to nie bawi, ale stopą wybija rytm. A ja łapię się na tym, że pamiętam cały tekst, choć ostatni raz słyszałem go na kasecie gdzieś pod koniec lat 90.

Długo byłem przekonany, że Smerfne Hity to nasz, polski wynalazek, coś w rodzaju narodowego dobra z czasów magnetofonów kasetowych. Okazuje się, że nie. Jak opisuje Bezprawnik w tekście o holenderskim rodowodzie Smerfnych Hitów, format wymyślono w Holandii w połowie lat 90., a polska edycja wyszła w 1997 roku. W Europie w ciągu trzech lat sprzedano około 8 mln albumów, a w Polsce, według danych przywoływanych za „Billboardem”, około miliona.

Z tego samego tekstu dowiedziałem się, że za każdą kasetą stały trzy warstwy praw: do postaci, do oryginalnych utworów i do samych nagrań. Nie każdy artysta zgadzał się na smerfną przeróbkę. Oasis odmówił w przypadku „Wonderwall”, więc Gargamel ma przynajmniej jednego rywala w kategorii „najmniej lubiany przez Smerfy”.

Dlaczego dzieci przejmują muzykę rodziców

Kiedy słucham, jak córka bez zająknięcia śpiewa piosenkę starszą od jej mamy, przypomina mi się badanie zespołu Carol Krumhansl z Uniwersytetu Cornella. W pracy opublikowanej w „Psychological Science” w 2013 roku badacze puszczali 62 młodym dorosłym przeboje z list „Billboardu” z lat 1955–2009, po dwa z każdego roku. Pytali o wspomnienia związane z piosenkami, o to, czy je rozpoznają, czy je lubią i jakie budzą emocje.

Wynik zaskoczył samych autorów. Oprócz muzyki z własnej młodości uczestnicy mocno reagowali na piosenki z czasów, gdy ich rodzice mieli około 20–25 lat. Badacze nazwali to kaskadowymi wzgórkami reminiscencji i łączą je z tym, że ta muzyka grała w domu, kiedy uczestnicy byli dziećmi. Mniejszy wzrost pojawił się nawet dla lat 60., czyli muzyki pokolenia dziadków.

Trzeba uczciwie dodać, że to jedno badanie na niewielkiej grupie amerykańskich studentów. Nie dowodzi, że moje dzieci za 20 lat będą puszczać swoim dzieciom Smerfy. Pokazuje raczej, że muzyka słyszana w domu zostaje w pamięci na długo. To zgadza się z tym, co widzę na tylnej kanapie.

Wspólne słuchanie to coś więcej niż zabijanie czasu w trasie

Druga rzecz, która mnie uspokoiła, pochodzi z Australii. Kate Williams i współpracownicy przeanalizowali dane 3031 dzieci z dużego badania podłużnego Longitudinal Study of Australian Children. Rodzice raportowali, jak często wspólnie z dziećmi w wieku 2–3 lat zajmują się muzyką w domu, a dwa lata później sprawdzano, jak dzieci radzą sobie z mową, liczeniem, uwagą, emocjami i relacjami z innymi. Wyniki opisano w czasopiśmie „Early Childhood Research Quarterly” w 2015 roku.

Częstsze wspólne zajęcia muzyczne wiązały się z nieco lepszym słownictwem, liczeniem, regulacją uwagi i emocji oraz zachowaniami prospołecznymi. Kiedy badacze uwzględnili wspólne czytanie książek, część tych związków osłabła, ale zostały te z liczeniem, uwagą i zachowaniami prospołecznymi. Autorzy mówią o małych efektach, a samo badanie jest obserwacyjne. Nie wiemy więc, czy pomaga muzyka, czy rodziny, które razem śpiewają, różnią się też pod innymi względami. Korelacja to nie przyczyna.

Dla mnie wniosek jest skromny i praktyczny: wspólne śpiewanie w aucie na pewno nie szkodzi, a może być jedną z wielu drobnych rzeczy, które budują więź. Więcej o tym, dlaczego warto śpiewać dziecku, pisaliśmy już na mamadu.pl.

Dziesiąte odtworzenie tej samej piosenki

Jest też mniej sielankowa strona. Czterolatka potrafi zażądać tej samej piosenki dziesięć razy z rzędu. Przy siódmym razie mam ochotę wyrzucić telefon przez okno. Pocieszam się, że w jej wieku to normalne, bo podobnie jest z oglądaniem tych samych bajek w kółko.

Ośmiolatek z kolei ma już własny gust i coraz częściej przewraca oczami, kiedy włączam „coś od taty”. Nie jestem w tym sam, co widać po tym, jakie piosenki ojcowie puszczają dzieciom, żeby wyrobić im gust.

Moje zasady na muzykę w aucie

  • Na zmianę. Jedna piosenka moja, jedna syna, jedna córki. Nikt nie ma monopolu na playlistę, także ja.
  • Oryginał i przeróbka. Przy smerfnych wersjach czasem puszczam też oryginał i dzieci same porównują. Syn ma wtedy frajdę, że wie coś, czego siostra jeszcze nie wie.
  • Głośność do rozmowy. Muzyka nie może zagłuszać tylnej kanapy. Najlepsze rozmowy z synem zdarzają się właśnie w aucie, kiedy patrzymy na drogę, a nie na siebie.
  • Bez misji edukacyjnej. Nie traktuję tego jak lekcji muzyki. Ma być zabawa, a nie zadanie do odhaczenia.
  • Kaseta, która przetrwała trzy dekady

    Nie mam już magnetofonu, a kasety dawno zniknęły z domu. Za to mam dwójkę dzieci, które znają smerfne teksty lepiej niż ja w ich wieku. Jeśli chcecie pokazać swoim dzieciom coś więcej z tamtej epoki, są jeszcze miejsca, gdzie przetrwały lata 90.

    Może za dwadzieścia lat moja córka puści w aucie swoim dzieciom tę samą piosenkę. A może przewróci oczami jak jej brat. Na razie śpiewamy razem i to mi wystarczy.