
Poranne przygotowania do szkoły łatwo zamieniają się w wyścig z czasem, a słowo "szybciej" zaczyna padać zdecydowanie zbyt często. Presja, poganianie i podnoszenie głosu zamiast pomagać, mogą tylko zwiększać napięcie całej rodziny. Czasem wystarczy lepiej przygotować się wieczorem i rano konsekwentnie trzymać się ustalonego rytmu.
Poranny pośpiech szybko udziela się całej rodzinie
Już kilka razy w tym roku szkolnym przyłapałam się na tym, że rano zaczynam się niepotrzebnie nakręcać. Widzę, że czas ucieka, więc poganiam dzieci, przypominam im po kilka razy o tych samych rzeczach i coraz bardziej się frustruję.
W pewnym momencie słowo "szybciej" pojawia się w moim słowniku zdecydowanie zbyt często. Łapię się też na tym, że nerwowo (choć często niepotrzebnie) podnoszę głos. A przecież wiem, że takie poranki nie służą ani dzieciom, ani mnie.
Codzienne wstawanie do szkoły na 8:00 potrafi naprawdę dać w kość. Trzeba wstać o konkretnej godzinie, przygotować śniadanie, spakować śniadaniówkę, dopilnować ubierania, spakować ostatnie rzeczy i pamiętać o tym, żeby nikt nie wyszedł z domu bez plecaka, drugiego śniadania czy potrzebnych przyborów.
Kiedy dochodzi do tego presja czasu, bo o 9:00 zaczynam pracę, bardzo łatwo stracić cierpliwość. Sama łapię się na tym, że zamiast spokojnie przeprowadzić dzieci przez kolejne punkty porannej rutyny, zaczynam je poganiać, a co gorsza – wyręczać w niektórych rzeczach. Im bardziej się spieszę, tym bardziej oczekuję, że one również natychmiast przyspieszą.
Tyle że dzieci nie zawsze potrafią dostosować swoje tempo do naszego poziomu stresu. Kiedy dorosły jest zdenerwowany, dziecko również może zacząć odczuwać napięcie, a to wcale nie wpływa pozytywnie na jego efektywność. Z pozoru zwykłe przygotowanie do szkoły może wtedy zamienić się w kłótnię, płacz, złość i wzajemną frustrację.
Czasami problemem nie jest brak czasu
Oczywiście zdarzają się poranki, kiedy naprawdę jesteśmy spóźnieni. Budzik nie zadzwoni, dziecko dłużej pośpi, ktoś rozleje mleko z płatkami albo nie będzie mógł znaleźć potrzebnej rzeczy, którą trzeba zabrać do szkoły/przedszkola. W takich sytuacjach trudno oczekiwać od rodzica stoickiego spokoju.
Jednak nie każdy poranek musi wyglądać w ten sposób. Czasami mamy wystarczająco dużo czasu, ale sami wprowadzamy atmosferę pośpiechu. Zamiast spokojnie przechodzić przez kolejne czynności, zaczynamy patrzeć na zegarek i przypominać dzieciom o upływającym czasie.
Właśnie wtedy warto trochę odpuścić. Nie chodzi o to, żeby pozwolić dziecku przez pół godziny szukać jednej skarpetki. Chodzi raczej o to, żeby rodzic nie dokładał kolejnej warstwy stresu do sytuacji, która i tak wymaga organizacji.
Spokojny poranek warto przygotować wieczorem
Coraz bardziej przekonuję się, że spokojniejszy poranek zaczyna się poprzedniego wieczoru. Im więcej rzeczy przygotujemy wcześniej, tym mniej zadań pozostaje nam do wykonania po przebudzeniu.
Ubrania mogą czekać przygotowane na krześle. Plecak może być spakowany. Drugie śniadanie można częściowo przygotowane wcześniej. Można również sprawdzić, czy na kolejny dzień potrzebne są jakieś dodatkowe rzeczy i już naszykować je np. w przedpokoju.
To proste czynności, ale potrafią zrobić dużą różnicę. Rano nie musimy wtedy jednocześnie organizować wszystkiego i pilnować dzieci wykonujących kolejne zadania. Zostaje nam znacznie mniej powodów do nerwów.
Nie da się oczywiście zaplanować każdego szczegółu. W domu z dziećmi zawsze wydarzy się coś nieprzewidzianego. Dobrze jednak ograniczyć liczbę rzeczy, które mogą nas rano wyprowadzić z równowagi.
Konsekwencja jest lepsza niż ciągłe poganianie
Spokojny poranek nie oznacza braku zasad. Dzieciom łatwiej funkcjonować, kiedy wiedzą, jak wygląda poranna rutyna i co powinno wydarzyć się po kolei.
Dlatego zamiast przez cały czas poganiać dzieci, można stworzyć prosty i powtarzalny schemat. Pobudka, ubranie, śniadanie, łazienka, przygotowanie plecaka i wyjście z domu. Oczywiście każda rodzina może ustalić własną kolejność, dopasowaną do swoich potrzeb.
Na początku taki system wymaga zaangażowania rodzica. Trzeba przypominać, pomagać i pilnować kolejnych czynności. Z czasem jednak wiele rzeczy zaczyna dziać się automatycznie. Dziecko wie, co ma zrobić, a rodzic nie musi co kilka minut przypominać o tym samym.
Ważna jest również stanowczość. Spokojny rodzic nie musi być rodzicem, który na wszystko się zgadza. Można wymagać wykonania konkretnych czynności i jednocześnie nie podnosić głosu. Można postawić granicę i zachować spokój i choć czasami to wymaga więcej wysiłku – z doświadczenia wiem, że warto, bo krzyki działają np. na moich synów tak, że zwalniają swoje ruchy jeszcze bardziej.
Zobacz także
Sama muszę nauczyć się zwalniać
Czasami warto po prostu wstać odrobinę wcześniej i dać sobie oraz dzieciom więcej przestrzeni na organizację rano. Często wystarczy przygotować wieczorem kilka rzeczy, żeby rano nie wykonywać pięciu czynności jednocześnie.
Wiem też, że nie każdy poranek będzie spokojny. Nie zamierzam udawać, że od teraz nigdy nie podniosę głosu i zawsze będę cierpliwa. Jestem rodzicem, a nie robotem. Mogę jednak próbować zmieniać swoje przyzwyczajenia i innych rodziców też zachęcam do takiej refleksji i zmiany w zachowaniu.
Im wcześniej wypracujemy z dziećmi konkretny system, tym łatwiej będzie nam funkcjonować w kolejnych tygodniach. Dzieci będą wiedziały, czego się spodziewać, a ja będę miała mniej powodów do ciągłego poganiania.




