
O zjawisku Sephora Kids słyszałam głównie z internetu i zawodowych rozmów. Dopiero zwykła wizyta w Rossmannie pokazała mi, jak bardzo zmienił się świat współczesnych nastolatek i ich podejście do kosmetyków. Widok 12-letnich dziewczynek wybierających produkty z najwyższych półek stał się dla mnie pretekstem do refleksji o dzieciach wychowujących się w czasach nieograniczonego dostępu do niemal wszystkiego.
Dziś dziewczynki mają tony najdroższych kosmetyków
O zjawisku "Sephora Kids" słyszałam do tej pory głównie przy okazji pracy. Czytałam artykuły, oglądałam materiały w mediach społecznościowych i śledziłam dyskusje rodziców, którzy zastanawiali się, dlaczego coraz młodsze dziewczynki interesują się drogimi kosmetykami przeznaczonymi dla dorosłych kobiet.
Sama jestem matką synów, którzy kosmetyki kolorowe i pielęgnacyjne mają raczej gdzieś i używają tylko podstawowych produktów higieny osobistej. Przez to pewnie wydawało mi się, że jest to trochę problem z ekranu telefonu, a trochę temat dotyczący wielkich miast i internetowych trendów w TikToka. Ostatnio przekonałam się, że to zjawisko jest znacznie bliżej każdego rodzica, niż myślałam.
Wybrałam się z koleżanką do Rossmanna. Potrzebowałyśmy kilku rzeczy do domu, jakiejś chemii gospodarczej, szamponu, pasty do zębów i kilku kosmetyków codziennego użytku. Taka zwyczajna wyprawa dwóch matek, które na chwilę wyrwały się z domu, dzieci, obowiązków i niekończącej się listy spraw do załatwienia.
Przy okazji zajrzałyśmy też do działu z kolorówką. Bardziej z ciekawości niż z potrzeby, bo od wielu lat mój make-up jest klasyczny i oparty o sprawdzone produkty. Wtedy zwróciłam uwagę na grupkę dziewczynek. Nastolatki to chyba za dużo powiedziane. Miały około dwunastu lat, może odrobinę więcej.
Stały przy półkach z najdroższymi kosmetykami i z dużą pewnością siebie wybierały kolejne produkty. Czytały składy, sprawdzały testery, porównywały opakowania i wrzucały rzeczy do koszyków. Przyznam, że trochę mnie to zszokowało.
Milenialsi cieszyli się z błyszczyka dołączonego do gazety
Kiedy byłam w ich wieku, szczytem kosmetycznych marzeń był błyszczyk z magazynu "Witch" albo cienie do powiek dołączone do czasopisma "13". Czasami kupowałam krem dla nastolatek z pigmentem, bo myślałam że mam nierówny koloryt cery (z czego dziś w głos się śmieję).
Nie było filmików z pielęgnacją skóry, nie było influencerów polecających serum za kilkaset złotych i nie było przekonania, że dwunastolatka potrzebuje rozbudowanej rutyny pielęgnacyjnej. Miałyśmy kilka prostych kosmetyków z linii przeznaczonych dla nastolatek i naprawdę nam to wystarczało.
Co ciekawe, nawet dzisiaj nie kupuję najdroższych produktów. Mam ponad trzydzieści lat i wiem już, że cena nie zawsze oznacza jakość. Wybieram kosmetyki, które służą mojej skórze, a nie te, które są najmodniejsze na TikToku albo kosztują najwięcej. Nie oznacza to, że jestem jakimś guru czy osobą, która teraz powie nastolatkom jak mają żyć.
Tamta sytuacja skłoniła mnie jednak do refleksji. Obok wspomnianych dziewczynek stała kobieta mniej więcej w moim wieku. Przez dłuższą chwilę wykonywała sobie pełny makijaż przy użyciu testerów.
Widok był zabawny, ale jednocześnie symboliczny. Z jednej strony dzieci kupujące luksusowe kosmetyki. Z drugiej dorosła osoba korzystająca z testerów jak z własnej kosmetyczki. Każde pokolenie ma swoje przyzwyczajenia, potrzeby i sposoby funkcjonowania.
Pomyślałam wtedy, jak bardzo zmienił się świat. Dzisiejsze dzieci mają dostęp do rzeczy, o których my w ich wieku nawet nie myśleliśmy. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Chodzi o dostępność: wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Kosmetyki, ubrania, elektronika, rozrywka, wiedza i inspiracje z całego świata. Granice, które dla nas były czymś naturalnym, dla nich często po prostu nie istnieją.
Dziś są inne czasy, a te minione wcale nie były lepsze
I w gruncie rzeczy jest w tym coś dobrego. Cieszę się, że pokolenie moich dzieci ma więcej możliwości niż moje. Że nie musi rezygnować z marzeń tylko dlatego, że czegoś nie da się zdobyć albo że jest poza zasięgiem. Że wcale sukcesy nie oznaczają w ich przypadku harowania od rana do nocy. Wygodniejsze życie niesie wiele korzyści.
Mam jednak wrażenie, że ta wygoda ma też swoją cenę.
Jeżeli wszystko jest dostępne od razu, trudniej nauczyć się cierpliwości i szacunku. Jeżeli większość rzeczy można dostać bez większego wysiłku, trudniej zrozumieć wartość pracy i pieniędzy. Jeżeli kolejne zachcianki są spełniane natychmiast, łatwo uwierzyć, że tak właśnie powinien wyglądać świat.
Patrząc na te dziewczynki, miałam poczucie, że trochę przesadzają. Nie dlatego, że interesują się kosmetykami. To przecież naturalne, sama w ich wieku podkradałam mamie perfumy i malowałam się przed lustrem jej szminkami.
Problem zaczyna się wtedy, gdy dzieci kupują dziesiątki produktów, których tak naprawdę nie potrzebują. Serum, kremy przeciwstarzeniowe, kosmetyki do wieloetapowej pielęgnacji. Często bardziej dla trendu niż dla rzeczywistej potrzeby.
Być może brzmię jak osoba, która mówi, że kiedyś było lepiej. Wcale tak nie uważam, bo było po prostu inaczej. Dzisiejsze dzieci dorastają w świecie pełnym możliwości, ale także pełnym pokus. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest odbieranie im tych możliwości. Powinniśmy raczej pokazywać, że nie wszystko, co można mieć, naprawdę warto mieć. I że wartość rzeczy nie zawsze mierzy się ceną na metce.
Zobacz także




