
Przez lata wydawało mi się, że Dzień Matki powinien wyglądać jak z Instagrama – spokojnie, pięknie i idealnie. Rzeczywistość z małymi dziećmi szybko zweryfikowała te wyobrażenia. Dopiero po ośmiu latach macierzyństwa zrozumiałam, co naprawdę ma znaczenie.
Od kiedy zostałam mamą, co roku marzyłam o idealnym Dniu Matki. Dopiero dziś, po ośmiu latach w tej roli, zrozumiałam, że najważniejszy nie jest spokój ani dzień bez dziecięcych awanturek, ale samo bycie razem i możliwość przeżywania tego święta z dziećmi.
Macierzyństwo zawsze czymś zaskoczy
Jestem mamą od niespełna ośmiu lat i dla wielu kobiet, które również spełniają się w tej roli, może to wciąż niewielki staż. Nasze mamy mają go przecież od 30-40 lat i prawdopodobnie wiedzą o rodzicielstwie znacznie więcej.
Dziś patrzą jednak z perspektywy matek dorosłych, samodzielnych i odpowiedzialnych ludzi. Ja natomiast co roku, przy okazji Dnia Matki, mam refleksje związane z tym pierwszym etapem macierzyństwa – czasem, kiedy dopiero uczyłam się tej roli i samej siebie w niej.
Każda kobieta, która zostaje mamą, zderza się z czymś kompletnie nieznanym. Nieważne, ile poradników przeczytała przed ciążą i w jej trakcie ani ile rozmów przeprowadziła z bardziej doświadczonymi matkami – macierzyństwo zawsze czymś zaskoczy. Mnie zaskoczyło bardzo wiele, choć największy ciężar tej roli poczułam nie przy pierwszym, ale przy drugim dziecku.
Drugie dziecko zweryfikowało wszystko
Pierwsze było spokojne – trochę płakało z powodu kolek, ale generalnie jadło, spało, prawidłowo się rozwijało i było pogodne. Drugie zweryfikowało wszystko, bo pokazało mi, że bycie mamą dwójki dzieci to ciągłe kompromisy, trudne wybory i codzienna próba pogodzenia wszystkiego.
A kiedy dochodzą do tego problemy zdrowotne malucha, ten ciężar odpowiedzialności potrafi naprawdę przytłoczyć. To właśnie wtedy zrozumiałam, że bycie matką to trud, łzy i wiele miłości – jak kobiety widzą macierzyństwo, nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi, bo każda z nas przeżywa tę rolę inaczej.
Chciałam "idealnego" Dnia Matki
Od kiedy zostałam mamą, bardzo serio podchodziłam do swojej roli i każdego 26 maja wydawało mi się, że mam prawo oczekiwać, by ten dzień był choć trochę "mój". Byłam zła, gdy któregoś roku mój mąż został dłużej w pracy i nie dostałam kwiatów od dzieci, które były jeszcze za małe, by same rozumieć ideę Dnia Matki.
Byłam wściekła, gdy spędzałam ten dzień z płaczącym niemowlakiem i trzylatkiem, którzy kompletnie nie rozumieli, że mama marzy o chwili spokoju. Było mi przykro, gdy syn zachorował i nie mogłam obejrzeć jego występu dla mam w przedszkolu.
Dziś wiem, że ten dziwny matczyny dysonans, w którym można umierać z miłości i mieć dość własnego dziecka jednocześnie, targa niemal każdą z nas i wcale nie czyni nas gorszymi matkami.
Małe olśnienie i koniec kryzysu
W zeszłym roku doznałam jednak czegoś w rodzaju małego olśnienia. Brzmi to banalnie, ale chyba po prostu wyszłam z kryzysu przemęczonej mamy małych dzieci. Nauczyłam się prosić o pomoc i stawiać granice wtedy, gdy naprawdę potrzebuję chwili dla siebie.
Dotarło do mnie, że w Dniu Matki wcale nie chodzi o prezenty, kwiaty ani nawet o idealny dzień bez dziecięcych kłótni. Żeby to zrozumieć, potrzebowałam jednak dystansu i przestrzeni na odpoczynek także w zwykłe dni. Nic dziwnego – jak zauważają eksperci, matki są dziś bardziej zmęczone niż kiedykolwiek, a psycholożka podkreśla, że czas dla siebie jest kluczowy dla naszego dobrostanu.
Dziś wiem, że najważniejsze jest to, że mogę ten dzień świętować razem z dziećmi – po prostu dlatego, że je mam. Że są zdrowe, mądre, empatyczne i dobre. I że przez ostatnie osiem lat nauczyły mnie o sobie więcej niż niejedna terapia.
Najbardziej wzrusza mnie dziś laurka z moją podobizną albo ręcznie zrobiona ramka na zdjęcie przygotowana specjalnie dla mnie. Najważniejsze stało się wspólne wyjście na lody, śmiech i poczucie, że fajnie jest być mamą i wzorem dla dwóch kilkuletnich chłopców.
Z kolejnymi latami uczę się doceniać nieidealne chwile
Awanturki o drobiazgi czy brak kwiatów od męża już mnie tak nie dotykają, bo wiele rzeczy po prostu przewartościowałam. I wiem, że dla niektórych może to brzmieć banalnie. Ale mamy małych dzieci, które są zmęczone, niewyspane i przeciążone codziennością, prawdopodobnie dobrze mnie zrozumieją.
Dziś chcę im powiedzieć jedno – z każdym rokiem jest trochę łatwiej. Bycie mamą dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym nadal jest intensywne, ale jednocześnie piękne. To moment, kiedy dzieci są jeszcze małe, chętnie się przytulają, mówią "kocham cię", a jednocześnie można już z nimi naprawdę rozmawiać.
Niezależnie od wieku waszych dzieci – miejcie dziś dobry dzień. Świętujcie go razem z nimi, ale też same dla siebie. Bo nikt nie ogarnia tylu spraw, nie dźwiga tylu emocji i nie daje z siebie tyle każdego dnia, co mama.
Macierzyństwo bez lukru – koniec instagramowej bańki
Macierzyństwo bardzo często nie wygląda jak obrazek z reklamy i ja na początku tej drogi tego nie wiedziałam, urzeczona cukierkową bańką instagramowego parentingu. Nie zawsze bycie matką jest pełne spokoju, kwiatów i wdzięcznych dzieci.
A nawet bym powiedziała, że rzadko takie jest. Coraz głośniej mówią o tym same kobiety, które – jak matka frustratka, która mówi o tym, czy nauczymy się wreszcie mówić o macierzyństwie bez lukru – domagają się szczerości zamiast wyidealizowanego obrazka.
Czasem to chaos, zmęczenie i rozczarowanie własnymi oczekiwaniami. Dopiero po latach wiele mam odkrywa, że największym prezentem na Dzień Matki nie jest idealny dzień, ale sama możliwość przeżywania codzienności razem z dziećmi.
Zobacz także
