uczennice na lekcji chemii robią doświadczenia
Uczniowie w kolejnym roku na przyrodzie wcale nie dostaną tyle przestrzeni na eksperymenty i doświadczenia. fot. Polina Tankilevitch/Pexels

Przyroda tylko w teorii brzmi jak wspaniała edukacyjna rewolucja. W praktyce szkoły już we wrześniu 2026 mają wejść w reformę bez odpowiednich pracowni, sprzętu i warunków do eksperymentów. Nauczyciele alarmują, że zamiast nauki przez doświadczenie może skończyć się na improwizacji i teorii.

REKLAMA

Przyroda tylko w teorii brzmi jak wspaniała rewolucja. Nauczyciele alarmują MEN

Od września 2026 roku w polskich szkołach i przedszkolach wchodzi w życie nowa podstawa programowa, którą Ministerstwo Edukacji Narodowej wprowadziło za pomocą rozporządzenia. Część rozwiązań pojawiła się już w placówkach w poprzednim roku szkolnym (czyli tym, który trwa obecnie).

Jednym z założeń było np. wprowadzenie edukacji zdrowotnej, która zastąpiła WDŻ. Od kolejnego roku szkolnego tych zmian będzie znacznie więcej – w tym również w klasach IV-VI dojdzie do zintegrowania chemii, fizyki, geografii i biologii w jeden przedmiot: przyrodę. Program nauczania kładzie większy nacisk na doświadczenia, eksperymenty i praktyczną naukę, zamiast powtarzania pustej teorii.

Przyroda zamiast czterech przedmiotów. Na czym polega reforma

Przyroda w szkole podstawowej zakłada, że uczniowie będą wychodzili z nauczycielem do okolicznych lasów, parków czy ogrodów przy szkole. Zajęcia są ujęte w bloki godzinowe, aby takie wyjścia „w teren" były możliwe. Innym założeniem jest prowadzenie eksperymentów i doświadczeń z zakresu chemii i fizyki oraz praktyczne zajęcia z geografii, np. na mapach.

Zmiana została formalnie zatwierdzona w marcu tego roku – ministra Barbara Nowacka podpisała rozporządzenie wprowadzające rewolucję w szkołach i przedszkolach od września 2026 — MEN zatwierdził nową podstawę programową. Przyroda ma być w klasach IV-VI w wymiarze trzech godzin tygodniowo i zastąpi cztery dotychczasowe przedmioty ścisłe.

Pomysł zintegrowania przedmiotów przyrodniczych cieszył się pierwotnie poparciem środowisk eksperckich, w tym Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, które od lat wskazywało na potrzebę większej integracji nauczania. Resort zapowiadał, że na lekcjach przyrody uczniowie będą zwiedzać oczyszczalnie ścieków i zakłady przetwórstwa spożywczego, prowadzić dzienniki laboratoryjne i eksperymentować.

W założeniach i teorii wszystko brzmi atrakcyjnie i obiecująco – taka nauka poprzez praktykę jest znacznie ciekawsza, na dłużej zostaje w głowach uczniów i sprawia, że edukacja staje się również bardziej angażująca i przyjemna. Niestety rzeczywistość jest taka, że wiele szkół nie jest gotowych na taką zmianę.

Brakuje odpowiednich sal, wyposażenia oraz warunków, by do września przygotować atrakcyjne pracownie do praktycznej nauki przyrody. Pedagodzy mówią o tym od dłuższego czasu – wielu obawia się, że zamiast doświadczeń skończy się na puszczaniu uczniom filmów lub pokazach doświadczeń (co również ma wartość, ale nie zastępuje bezpośredniego udziału w eksperymencie).

Nauczyciele apelują do MEN. „Nadszedł czas, by stanąć w prawdzie"

Polskie Stowarzyszenie Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych skierowało do MEN list, w którym zwraca uwagę na „dramatyczną sytuację w wielu szkołach". Pedagodzy podkreślają, że warunki w placówkach sprawiają, iż uczniowie zamiast się rozwijać, będą mieli w praktyce ograniczony dostęp do nauki.

W liście napisano: „Nadszedł jednak czas, by stanąć w prawdzie". Chodzi o to, że szkoły nie mają przestrzeni na takie „nowoczesne" nauczanie, a MEN nie zapewnia środków finansowych, by takie warunki stworzyć. To niewygodna prawda, która pokazuje przepaść między obietnicami resortu edukacji i jego wizją a realiami wielu polskich placówek.

Co warte podkreślenia – głos PSNPP ma tu szczególną wagę, bo to właśnie to stowarzyszenie jako jedno z pierwszych popierało pomysł zintegrowania przedmiotów przyrodniczych. Teraz te same środowiska alarmują, że szkoły nie dostały realnych narzędzi do wdrożenia reformy.

W liście pedagodzy podkreślają, że nie chodzi o niechęć nauczycieli ani ich lenistwo – choć takie zarzuty mogą się pojawić. Problemem jest fakt, że szkoły w naszym kraju nie są równe, a różnice między nimi są znaczące. Nawet w jednym powiecie jedne placówki są lepiej dofinansowane, a inne znacznie gorzej i nie mają przestrzeni na szybkie wdrożenie zmian zakładanych przez MEN.

W wielu szkołach nie ma nawet sal, które mogłyby pełnić funkcję pracowni chemii, fizyki czy biologii. A jeśli już są, to często jedno pomieszczenie musi obsługiwać wszystkie klasy, co zdecydowanie nie wystarcza przy blokach zajęć dla klas IV-VI (oraz VII i VIII, które również potrzebują sal przedmiotowych).

Problemem nie jest wyłącznie drogi sprzęt, ale nawet podstawowe wyposażenie, takie jak umywalka, której nie ma w każdej klasie. Nauczyciele przyznają, że często sami kupują niezbędne materiały do zajęć, a nawet apteczki do pracowni chemicznej uzupełniają z własnych środków, ponieważ szkoły nie mają na to finansowania.

Pedagodzy żądają od resortu reakcji

Niektórzy pedagodzy przyznają również, że zajęcia praktyczne wiążą się z dużą odpowiedzialnością:

„Czasem boję się odpowiedzialności w razie jakby stało się coś uczniowi, dlatego wolę sama często zrobić doświadczenie, a gdy nie mam już siły albo czasu to wyświetlamy film".

Inny nauczyciel dodaje:

„Obawiam się każdorazowo kontroli sanepidu. Niby wszystko jest ok, ale za każdym razem zaskoczą mnie czymś innym niż poprzednio".

Nauczyciele w liście do MEN apelują o:

  • powołanie zespołu z udziałem sanepidu, Państwowej Inspekcji Pracy, praktyków, Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Edukacji;
  • uruchomienie szkoleń dla nauczycieli, którzy od września 2026 r. mają realizować nową podstawę;
  • zapewnienie finansowania dla ośrodków metodycznych i bazowych pracowni dydaktycznych.
  • Dodają również, że na ten moment nie mają pojęcia, jak resort wyobraża sobie pracę pedagogów od września 2026 roku.

    List PSNPP to niejedyny sygnał, że wdrożenie nowej podstawy programowej może być problematyczne. Od kilku tygodni wokół reformy narasta chaos wokół reformy w szkołach — MEN nie może doliczyć się godzin przyrody, bo zapisy rozporządzenia są nieprecyzyjne, co rodzi wątpliwości interpretacyjne w szkołach.

    Wcześniej głos w sprawie zabrały też inne środowiska — m.in. Polskie Towarzystwo Geograficzne, które alarmowało, że koniec z geografią w szkole to krok wstecz dla edukacji w podstawówkach. Eksperci ostrzegali, że spłycenie przedmiotów może pozbawić uczniów nie tylko wiedzy faktograficznej, ale też świadomości ekologicznej i zrozumienia zjawisk globalnych.

    Reforma z dobrymi intencjami, które rozbijają się o rzeczywistość

    Integracja przedmiotów przyrodniczych mogła być rzeczywiście rewolucją – szansą na pokazanie uczniom, że świat nauki to jedna spójna całość, a nie zbiór oderwanych od siebie zagadnień. Problem w tym, że sama zmiana podstawy programowej bez zaplecza finansowego, infrastrukturalnego i szkoleniowego grozi tym, że cała reforma skończy się tam, gdzie polska edukacja już wielokrotnie była – w punkcie wyjścia.

    Warto też pamiętać, że od 1 stycznia 2025 roku zmienił się sposób finansowania samorządów – subwencja oświatowa ma charakter uzupełniający, a gminy mają więcej własnych dochodów, ale też więcej obowiązków. W praktyce oznacza to, że wyposażenie pracowni do nauki przyrody staje się jednym z wielu priorytetów, z którymi samorządy muszą sobie poradzić we własnym zakresie.

    List nauczycieli jest w tej sytuacji głosem niepokoju, który trudno zignorować. Skoro alarmują środowiska, które reformę popierały – to sygnał, że realia polskich szkół nie nadążają za ministerialną wizją.

    Źródło: strefaedukacji.pl, facebook.pl