małe dziecko bawi się na placu zabaw
Mikroplace zabaw były normą w deweloperce aż do 2024 roku. fot. www.kaboompics.com/Pexels

Choć patodeweloperka coraz częściej spotyka się z krytyką, wciąż można ją spotkać na osiedlach. Jednym z najbardziej uderzających przykładów są place zabaw, które istnieją głównie po to, by spełnić formalny wymóg. Zdjęcia takich przestrzeni obiegają internet, ale dla wielu rodzin to codzienność, a nie tylko powód do żartów.

REKLAMA

Patoplace zabaw wciąż są obecne

Każdy, kto mieszka w dużym mieście, doskonale wie, czym jest tzw. patodeweloperka. Deweloperzy i właściciele mieszkań kombinują, jak przy jak najmniejszych kosztach zarobić jak najwięcej na sprzedaży i wynajmie lokali, których metraż bywa klaustrofobicznie mały. Na szczęście osoby kupujące i wynajmujące mieszkania coraz częściej nie dają się na to nabrać.

To zjawisko bardzo mocno kojarzy mi się jednak z innym problemem - mikroplacami zabaw, które również często powstają w sąsiedztwie nowoczesnych bloków. Memy z placami zabaw, na których znajduje się jedna huśtawka ogrodzona siatką, dziś bawią i krążą w internecie, ale wciąż wiele takich miejsc funkcjonuje jako pełnoprawne przestrzenie rekreacyjne przy osiedlach mieszkaniowych. Wystarczy przejrzeć zestawienie mamadu.pl, które pokazuje, że place zabaw na polskich osiedlach przypominają więzienie - ciasne, ogrodzone wysokim płotem, pozbawione cienia i sprzętu dla więcej niż dwójki dzieci jednocześnie.

Architekt pyta: dlaczego tak to wygląda?

Zestawienie najbardziej ubogich placów zabaw przygotował Łukasz Harat - architekt i urbanista, który w mediach społecznościowych publikuje treści podróżnicze oraz dotyczące miejskich przestrzeni publicznych.

Na jego instagramowym profilu pod zestawieniem takich placów możemy przeczytać: "Najgorsze place zabaw w Polsce... czyli dzieciństwo w wersji survival. Patrzę na te zdjęcia i zastanawiam się: co siedzi w głowach projektantów? Czy to infrastruktura dla dzieci, czy poligon doświadczalny mający testować ich odporność psychiczną?" - pyta z nutą sarkazmu Harat.

I dodaje: "Plac zabaw to nie jest dodatek do osiedla. To pierwsze miejsce, gdzie dziecko uczy się, czym jest przestrzeń publiczna, czym jest bezpieczeństwo, i czym jest szacunek do drugiego człowieka. Serwując im taką 'architekturę', sami podcinamy skrzydła przyszłym pokoleniom."

Deweloperzy "działają w granicach prawa"

Trudno się z nim nie zgodzić. Obnaża bezczelność deweloperów, którzy działali w granicach prawa, ale w taki sposób, by maksymalizować własne zyski kosztem mieszkańców. Który rodzic będzie w stanie spędzić z dzieckiem czas na placu zabaw o powierzchni 10 m², gdzie znajduje się jedna huśtawka albo kawałek piasku i drążek do podciągania? Takie przestrzenie w dokumentach naprawdę bywają określane mianem terenów rekreacyjnych dla rodzin z dziećmi.

Architekt pisze również: "Najgorsze jednak jest, że to nie są przypadkowe błędy. To świadome decyzje. Ktoś to narysował, ktoś zatwierdził projekt, a ktoś inny podpisał protokół odbioru. Chciałbym, żeby te osoby miały odwagę się ujawnić i odpowiedzieć na jedno proste pytanie: DLACZEGO?".

To pytanie jest tym bardziej zasadne, że dokumentacja takich przypadków nie brakuje. Innpoland.pl opisał historię, w której deweloperzy postawili plac zabaw mniejszy od schowka na śmieci - mikroskopijny trójkąt z jedną huśtawką, wciśnięty między ogrodzenie a budynek, podczas gdy deweloper zapewniał nabywców o "placu zabaw dla dzieci" jako elemencie inwestycji.

Przepisy z 2024 roku - krok w dobrą stronę

Deweloperzy, jeśli stawiają budynki mieszkalne z więcej niż 20 lokalami, są zobowiązani do stworzenia przy nich placu zabaw. Zgodnie z przepisami wprowadzonymi w 2024 roku, które miały przeciwdziałać patodeweloperce, co najmniej 25 proc. działki musi stanowić teren biologicznie czynny. Jeśli chodzi o same place zabaw, 30 proc. ich powierzchni musi znajdować się na terenie biologicznie czynnym.

Niestety regulacje te weszły w życie dopiero 1 sierpnia 2024 roku, a wiele osiedli - zarówno na obrzeżach Warszawy, jak i w innych dużych miastach - powstało wcześniej. Zanim pojawiły się nowe przepisy, deweloperzy często tworzyli przy blokach symboliczne, mikroskopijne przestrzenie dla dzieci. Problem z mikroplacami dotykał zresztą nie tylko kwestii rozmiarów, ale i atmosfery - jak opisuje mamadu.pl, problem dzieci na osiedlach zamkniętych jest szerszy: wspólnoty mieszkańców niejednokrotnie blokowały nawet te nieliczne przestrzenie, które deweloper obiecał w wizualizacjach.

Dobre przykłady też istnieją

Warto jednak zaznaczyć, że sytuacja nie jest wyłącznie czarno-biała. Istnieją nowoczesne place zabaw przy nowych osiedlach, które są przemyślane, kolorowe, wyposażone w sprzęt dostosowany do różnych grup wiekowych i otoczone zielenią. Część deweloperów traktuje przestrzeń rekreacyjną jak atut, a nie przykry obowiązek. To pokazuje, że da się - jeśli tylko jest wola.

Dzisiejsze przepisy to krok w dobrą stronę, ale nie zmienią już rzeczywistości na osiedlach powstałych w latach 2010-2024, gdzie dzieci nadal bawią się na "placach zabaw" będących raczej smutnym kompromisem niż realną przestrzenią do rozwoju i odpoczynku. Symptomatyczne jest, że gdy wreszcie powstaje coś porządnego, to - jak opisuje mamadu.pl - nowy plac zabaw budzi emocje mieszkańców osiedla i oburza część sąsiadów, bo dzieci są za głośne. W kraju, który chce walczyć z niżem demograficznym, takie priorytety mówią same za siebie.

Źródło: infor.pl, sip.lex.pl