uczeń przegląda podręcznik w szkolnej bibliotece
Nowe podręczniki są infantylne i zaniżają poziom nauczania. fot. RDNE Stock project/Pexels, screen Facebook OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora

Zmiany w szkolnych podręcznikach budzą coraz większe emocje wśród nauczycieli i rodziców. Nowe podejście do nauczania ma być bliższe codzienności uczniów, ale nie wszyscy wierzą, że przełoży się to na realny rozwój wiedzy. Nauczyciele boją się, że uproszczenie treści sprawi, że poziom edukacji znowu będzie jeszcze niższy.

REKLAMA

Nowe podręczniki do przyrody

Od września 2026 roku uczniowie szkół podstawowych rozpoczną naukę z wykorzystaniem nowych podręczników. Klasy I i IV będą pracowały na materiałach przygotowywanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej już od wiosny 2025 roku.

Publikacje te powstały w oparciu o założenie, że edukacja powinna mieć bardziej życiowy charakter – lekcje mają skupiać się na rozwijaniu praktycznych umiejętności, zdobywaniu doświadczeń oraz wykorzystywaniu wiedzy teoretycznej w codziennych sytuacjach.

Niestety wielu nauczycieli obawia się, że taki kierunek zmian może przynieść odwrotny skutek. W ich opinii istnieje ryzyko, że uczniowie będą przyswajać jeszcze mniej wiedzy niż dotychczas. Sytuacji nie ułatwia również likwidacja obowiązkowych prac domowych, co – zdaniem pedagogów – osłabia systematyczność w nauce dzieci i młodzieży. Coraz częściej pojawiają się głosy, że poziom wiedzy uczniów z roku na rok spada, a ich wykształcenie staje się coraz bardziej powierzchowne.

Na ten problem zwrócił uwagę także Artur Szymanek, nauczyciel biologii z Bytomia, który w mediach społecznościowych prowadzi profil OKE, czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora oraz udziela korepetycji online. Na swoim facebookowym profilu opublikował zdjęcie jednej ze stron nowego podręcznika do przyrody – najprawdopodobniej dla klasy IV.

Warto przypomnieć, że od września 2026 roku uczniowie zamiast oddzielnych przedmiotów, takich jak biologia, fizyka, geografia i chemia, będą do klasy VI uczyć się zintegrowanej przyrody.

"Przeglądam nowe podręczniki i natknąłem się na coś takiego… i w sumie nie wierzę, że to jest podręcznik do klasy... no właśnie, której właściwie? I to mnie uderzyło bardziej, niż się spodziewałem. Mam wrażenie, że w pewnym momencie coś w edukacji po prostu pękło. Z systemu, który powinien rozwijać, wymagać i przygotowywać do samodzielności, zrobiliśmy przestrzeń, w której najważniejsze stało się to, żeby wszyscy mieli dobre – a najlepiej bardzo dobre – oceny. Niezależnie od tego, co faktycznie potrafią" – napisał nauczyciel.

Infantylny przekaz dla uczniów

Trudno nie zgodzić się z jego opinią. Treści, które pokazał z podręcznika dla uczniów klasy IV, jeszcze kilkanaście lat temu były standardem dla dzieci z klas I–II szkoły podstawowej. Na fotografii widać polecenie zajmujące jedną trzecią strony, rozpisane bardzo szczegółowo – jakby autorzy kierowali je do znacznie młodszych dzieci.

Tymczasem dotyczy ono podstawowej wiedzy, jak podział na składniki przyrody ożywionej i nieożywionej oraz wytwory człowieka. Dodatkowo język materiału jest na tyle uproszczony, że momentami sprawia wrażenie infantylnego.

I tu pojawia się zasadniczy problem – to my, dorośli, w dużej mierze odpowiadamy za ten stan rzeczy. Ułatwiamy dzieciom niemal wszystko, obniżamy wymagania, unikamy stawiania wyzwań. Jak zauważa Szymanek: "Zaniżamy poziom tak bardzo, że trudno sobie wyobrazić, dokąd to wszystko zmierza. Przestaliśmy wymagać od ucznia systematyczności, bo 'ma za dużo na głowie'. Przestaliśmy wymagać wysiłku, bo 'to wywołuje stres'. Przestaliśmy wymagać odpowiedzialności, bo ‘jeszcze zdąży się nauczyć'".

Jako mama ucznia I klasy szkoły podstawowej sama dostrzegam, jak bardzo zmienił się poziom edukacji. W porównaniu z tym, czego wymagano ode mnie 25 lat temu, dzisiejsze oczekiwania wobec uczniów są znacznie niższe. Dzieci uczą się mniej, a mimo to często mają trudność z opanowaniem nawet tych ograniczonych treści.

Wymagamy z roku na rok coraz mniej

W komentarzach pod wspomnianym wpisem pojawiły się również głosy internautów. Jedna z osób napisała:

"Dzieci po ukończeniu edukacji wystarczy, żeby umiały zbierać szparagi albo pracować na taśmie. Taki jest chyba cel tej edukacji. Po co mają wiedzieć? Im więcej człowiek wie, tym więcej myśli i pyta. A po co to komu? Prywatne, elitarne szkoły będą naprawdę edukować, a reszta ma mieć zapewniony dobrostan, jak bydło – dotrwać jakoś do dorosłości i potem podjąć niewymagającą pracę".

To bardzo gorzka, ale skłaniająca do refleksji opinia. Zastanawiam się, czy rzeczywiście jesteśmy skazani na taki kierunek i tendencję zmian. Edukacja zawsze była i powinna pozostać przestrzenią równowagi – między wsparciem a wymaganiami, między dobrostanem a wysiłkiem, między teorią a praktyką.

Dziś na wielu płaszczyznach związanych z edukacją mówi się o tym, że za bardzo pobłaża się najmłodszym. Jeśli jako rodzice i nauczyciele nie zaczniemy tej równowagi świadomie przywracać, kolejne reformy – nawet te w dobrej wierze – mogą przynieść więcej szkody niż pożytku.

Szkoła nie powinna wszystkiego ułatwiać, tylko przygotowywać do tego, co każdego z uczniów spotka w dorosłości. A tam nikt nikomu niczego nie ułatwia...