screen z Instagrama @majahyzy
Wokalistka jest mamą 4 dzieci, więc operacje to też inwestycja w jej codzienny komfort. fot. Instagram @majahyzy

Maja Hyży wywołała u mnie sporo emocji tym, że jej zdaniem operacje plastycznie piersi i brzucha po ciąży powinny być dostępne na NFZ. Na początku uznałam to za przesadę, ale potem zrozumiałam, że to perspektywa kobiety, która "oddała" swoje ciało macierzyństwu i została z jego konsekwencjami.

REKLAMA

Maja Hyży wydała po 30 tys. zł na operację brzucha i piersi

Maja Hyży wydała po 30 tys. zł na operację brzucha i piersi, ale największe emocje wywołało u mnie coś innego – jej słowa, że takie zabiegi powinny być dostępne na NFZ. To może oburzać, bo dla wielu osób operacje plastyczne wciąż brzmią jak luksus i fanaberia.

A jednak im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej widzę w tym sens – bo dla wielu kobiet to nie kwestia próżności, tylko komfortu życia, zdrowia i spokoju po ogromnym wysiłku, jakim jest ciąża. Może nawet dla części z nich taka refundacja byłaby czynnikiem, który pozwoliłby bez lęku zdecydować się na macierzyństwo? Może państwo powinno np. rozważyć, czy nie wprowadzić takich zabiegów w ramach NFZ jako zachęty do rodzicielstwa?

Kiedy przeczytałam, że Maja Hyży otwarcie mówi na Instagramie o operacji plastycznej brzucha po ciąży, a wcześniej – w 2025 roku – zdecydowała się także na operację piersi, moją pierwszą reakcją było coś w rodzaju zażenowania czy politowania. Pomyślałam: serio? Czy naprawdę trzeba o tym mówić? Czy to nie jest trochę płytkie i brzmi jak fanaberia?

Tylko że to był ten pierwszy odruch. Szybki, oceniający, podszyty tym wszystkim, co przez lata słyszałyśmy jako kobiety i matki. Że ciało po ciąży „tak ma”, że trzeba je zaakceptować, pokochać, że rozstępy to znaki mówiące o naszych doświadczeniach, a odstający brzuch to pamiątka po cudzie życia.

I oczywiście – coś w tym jest. Ale im dłużej myślałam o słowach Mai, tym bardziej zaczęłam widzieć drugą stronę i dopuszczać do siebie bardziej empatyczne spojrzenie na jej decyzję.

Bo ciąża naprawdę zmienia ciało. I nie zawsze są to zmiany, które da się zaakceptować albo wrócić do figury sprzed ciąży za pomocą diety i ćwiczeń (kto ma na to czas i chęci przy czwórce dzieci?). Czasami chodzi o nadmiar skóry, który ciągnie, boli i przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu.

U innych kobiet są to piersi, które po karmieniu tracą jędrność albo – przeciwnie – stają się tak duże, że powodują ból pleców i realny dyskomfort. To nie jest tylko kwestia wyglądu. To jest kwestia komfortu życia, samopoczucia i wielu trudów w codzienności.

Maja powiedziała wprost: to kosztuje dużo, około 30 tysięcy złotych za jeden zabieg. I że wiele kobiet odkłada taką decyzję właśnie przez pieniądze. Tu nie chodzi o fanaberię celebrytki, o której łatwo pomyśleć, czytając taką informację. To raczej głos kobiety, która dobrze wie, że dla większości z nas to wydatek zupełnie poza zasięgiem.

To nie fanaberia tylko samoopieka

Znam kobiety, które po ciążach zdecydowały się na operację piersi. Nie powiększenie, tylko zmniejszenie. I to nie była kwestia kaprysu, tylko ulgi. Ulgi dla kręgosłupa i codzienności, w której trzeba opiekować się dziećmi, pracować zawodowo, jakoś funkcjonować.

Jedna znajoma, która zdecydowała się na mammoplastykę, powiedziała mi, że po operacji pierwszy raz od lat mogła iść na spacer z dziećmi bez grama bólu. To nie brzmi jak luksus, tylko jak coś, co po prostu pomoże żyć bardziej komfortowo.

Zresztą w niektórych przypadkach zmniejszenie piersi może być refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. I to pokazuje, że nawet system widzi w tym nie tylko estetykę, ale także problemy zdrowotne. Może więc warto pójść o krok dalej i poważnie porozmawiać o tym, czy inne zabiegi po ciąży – przynajmniej w określonych przypadkach – nie powinny być bardziej dostępne dla matek?

Maja powiedziała pół żartem-pół serio coś jeszcze, co wywołało sporo emocji. Mianowicie, że takie operacje powinny być dostępne na NFZ, bo "dałyśmy na świat dzieci, więc państwo powinno nam trochę zwrócić".

I choć brzmi to kontrowersyjnie, to nie da się ukryć, że jest w tym jakaś prawda. Bo macierzyństwo to nie tylko piękne chwile, ale też ogromny wysiłek fizyczny, który zostawia ślady w ciele., które nie dla każdej kobiety są łatwe i przyjemne.

Piszę to jako mama dwójki dzieci. I choć daleko mi do decyzji o takich operacjach, to uczciwie muszę przyznać, że gdyby pieniądze nie grały roli albo gdyby taki zabieg był dostępny w ramach publicznej opieki zdrowotnej, pewnie zaczęłabym się nad tym poważnie zastanawiać. Nie dlatego, że nie akceptuję siebie. Tylko dlatego, że wiem, jak bardzo ciało potrafi się zmienić i jak bardzo może to wpływać na samopoczucie.

Maja mówi wprost: "Nam się to po prostu należy"

Doceniam w tej historii coś jeszcze: szczerość. Brak udawania, że wszystko da się naprawić dietą, kremem albo treningiem brzucha o szóstej rano. Jak niektóre celebrytki, które wstrzykują sobie różne środki, a twierdzą że w miesiąc wypracowały mięśnie brzucha jak u kulturysty. Zamiast tego mamy kobietę, która mówi wprost: stać mnie, zrobiłam to i czuję się lepiej. Bez hipokryzji i moralizowania, ale ze zrozumieniem, że nie każdy ma taki przywilej.

Biję się w piersi za tę pierwszą reakcję. Teraz myślę o tych wszystkich kobietach, które każdego dnia mierzą się ze swoim ciałem po ciąży. Nie każda chce coś zmieniać, ale są też takie, które bardzo by chciały – dla zdrowia, dla komfortu, dla siebie. Nie mają takiej możliwości, bo ich zwyczajnie na to nie stać.

Nie chodzi o to, żeby każda z nas biegła do chirurga po ciążach, ale o to, żeby mieć wybór. Taki, który jest dostępny nie tylko dla tych, które mogą wydać kilkadziesiąt tysięcy złotych. Bo często to wcale nie jest kwestia próżności. Tylko zwykłej, ludzkiej potrzeby, żeby znowu poczuć się dobrze we własnym ciele.

I muszę przyznać, że oglądając fotografie Mai na jej Instagramie, trzeba powiedzieć, że te operacje dały jej ogrom pewności siebie, szczęścia i radości – dlaczego więc wieszać na niej psy za to, że zdecydowała się głośno o nich mówić?