
Dorastając w latach 80. i 90., oglądaliśmy rzeczy, które dziś trudno byłoby nazwać odpowiednimi dla dzieci. Telewizja rządziła się swoimi prawami, a rodzice nie zawsze kontrolowali, co trafiało na ekran. Filmy takie jak "Gremliny" zostawiły w nas ślad – czasem niepokojący, choć wtedy tego nie rozumieliśmy.
Dzieciństwo w latach 80. – oglądaliśmy wszystko, co leciało
Urodziłam się w latach osiemdziesiątych. To był czas, kiedy telewizja była trochę jak okno na świat, ale też jak loteria. Nie było filtrów, kategorii wiekowych pilnowanych tak jak dziś, ani platform streamingowych z kontrolą rodzicielską. Leciało to, co było, a my oglądaliśmy wszystko.
Rodzice oczywiście byli, ale nie zawsze wiedzieli, co dokładnie pojawia się na ekranie. Czasem wydawało się, że skoro coś jest kolorowe albo ma elementy fantastyczne, to na pewno nadaje się dla dzieci. I to był błąd.
Bajki i filmy, które wcale nie były dla dzieci
Do dziś pamiętam takie tytuły jak "Przyjaciel wesołego diabła", o którym ostatnio pisałam. Niby coś dla młodszych widzów, a jednak atmosfera była dziwna, momentami ciężka i niepokojąca. To nie był czysty, bezpieczny świat filmów.
Podobnie było z "Muminkami". Buka – postać, która dziś wydaje się po prostu smutna – wtedy napawała mnie czystym strachem. Cisza, chłód, jej obecność – to wszystko budowało napięcie, którego dziecko nie potrafiło nazwać, ale bardzo mocno odczuwało.
"Gremliny" – niby urocze, a jednak przerażające
I wreszcie "Gremliny" z 1984 roku. Film, który wielu z nas oglądało jako dzieci, bo przecież był tam Gizmo – mały, uroczy stworek. Idealna maskotka. Zasady były proste: nie można było wystawiać go na światło, polewać wodą i karmić po północy. Brzmiało niewinnie, ale kiedy zasady zostały złamane, zaczynał się istny chaos. Z Gizmo powstawały inne stworzenia – gremliny – które były jego całkowitym przeciwieństwem. One nie były słodkie, tylko agresywne, złośliwe i… przerażające.
Ich "narodziny" same w sobie były dziwne i niepokojące. Potem było tylko gorzej...
Sceny, które nie były dla dzieci
Gremliny robiły rzeczy, które dziś trudno uznać za odpowiednie dla młodego widza. Paliły papierosy, piły alkohol, zachowywały się w sposób chaotyczny i momentami wręcz groteskowy.
Do tego dochodzi przemoc. Sceny, w których ludzie muszą zabijać gremliny, były naprawdę mocne. Jedna z nich – z użyciem mikrofalówki – wyglądała jak fragment koszmaru.
Dla dorosłego widza to czarna komedia. Dla dziecka – coś, co zostaje w głowie na długo. Dziś, jako dorośli, widzimy te filmy zupełnie inaczej. Rozumiemy ich kontekst, widzimy ironię, groteskę i zamysł twórców, ale wtedy byliśmy tylko dziećmi. Nie mieliśmy narzędzi, żeby to wszystko przetworzyć. Braliśmy to dosłownie, emocjonalnie, często bardzo głęboko.
Nie chodzi o to, że te filmy były złe. One są częścią naszej historii i naszego dorastania. Ale były też dowodem na to, jak bardzo zmieniło się podejście do dziecięcej wrażliwości. Dziś chronimy dzieci bardziej, filtrujemy treści i zastanawiamy się, co jest dla nich odpowiednie.
Jedno jest pewne – "Gremliny" to film, którego nie pokazałabym swojemu dziecku.
Zobacz także
