"Bliskie spotkania z wesołym diabłem"
Kiedyś oglądaliśmy to bez mrugnięcia okiem. Dziś nie pozwoliłabym na to swojemu dziecku. Screen YouTube

Na wstępie powiem jasno: to nie był zwykły film dla dzieci. "Bliskie spotkania z wesołym diabłem" to produkcja, którą jako dziecko obejrzałam przypadkiem – i która bardziej przypominała mi horror niż kino familijne. Do dziś pamiętam te mroczne dźwięki, ciemność i strach, który pojawił się, zanim jeszcze zrozumiałam, o czym to w ogóle jest.

REKLAMA

Niedzielny poranek i coś, co nie powinno się wydarzyć

To miał być zwykły poranek. Telewizor w tle, śniadanie na stole, mama krzyczy, że w telewizji leci coś "dla dzieci". I nagle – noc, ciemność, niepokojąca muzyka i postać, która nie miała prawa znaleźć się w paśmie dla najmłodszych. Już wtedy coś mi nie pasowało.

Zanim pojawił się diabeł, był dźwięk. Niski, przeciągły, zimny. Taki, który bardziej pasuje do kina grozy niż do filmu familijnego. Muzyka autorstwa Marka Bilińskiego budowała napięcie już od pierwszych sekund. Dziecko nie musiało nawet rozumieć fabuły, żeby poczuć, że "coś jest nie tak".

Główny bohater, Piszczałka – to diabeł, który miał być "wesoły". Tyle że wcale taki nie był. Przynajmniej nie dla mnie. Piszczałka był czarny, kudłaty, zdeformowany i poruszał się nienaturalnie. Bardziej przypominał mi potwora niż bohatera dziecięcej historii.

logo
"Bliskie spotkania z wesołym diabłem" Screen YouTube

Pokazywany fragmentami, z oddali, w cieniu, stawał się jeszcze bardziej przerażający. A kiedy w końcu pojawiał się w pełni – z tą czarną, pomarszczoną twarzą, to było już za dużo. Szczerze? Ta postać naprawdę mnie przerażała i nie było w niej nic zabawnego.

W centrum tej historii był jednak ktoś zupełnie inny. Chłopiec – Bi, czyli Zenobii. Dziecko na wózku inwalidzkim, zamknięte w swoim świecie, zależne od dorosłych, trochę samotne. To wokół niego toczy się właściwa opowieść. O relacji z ojcem, o ograniczeniach, o pragnieniu zmiany i o cudzie, który ma nadejść. Tyle że ja jako dziecko tego nie widziałam. Ja czułam tylko strach.

logo
"Bliskie spotkania z wesołym diabłem" Screen YouTube

Horror dla dzieci?

Pierwsza połowa filmu to niemal czyste kino grozy. Znikające postaci, nagłe pojawianie się diabła, scena z harcerkami i moment, gdy Piszczałka przecina drogę samochodowi – wszystko to buduje napięcie, które dla dziecka jest nie do udźwignięcia. A potem ta scena. Burza. Noc. Bi budzi się w swoim pokoju, a... diabeł stoi przy oknie.

Najgorsze nie było to, że on tam był. Najgorsze było to, jak został pokazany. Błysk pioruna i nagle – cała twarz. Bez niedopowiedzeń, bez cienia i bez miejsca na ucieczkę. To był moment, który zostaje w głowie na lata. Dopiero potem przychodzi "oswajanie".

Film w drugiej połowie próbuje pokazać, że Piszczałka wcale nie jest zły. Że pomaga chłopcu, że to wszystko zmierza do uzdrowienia, do jakiegoś dobra, do morału. Ale dla dziecka jest już za późno, bo emocje już zostały uruchomione.

Jakim cudem to było dla dzieci? Dziś trudno mi uwierzyć, że coś takiego trafiało do telewizji jako "film familijny". Bez ostrzeżeń, bez kategorii wiekowych i bez żadnej refleksji. Po prostu – leciało. A my to oglądaliśmy.

logo
"Bliskie spotkania z wesołym diabłem" Screen YouTube

Moje dziecko tego nie zobaczy

Na pewno nie pokażę tego filmu swojemu dziecku. Nie dlatego, że jest zły – przeciwnie, to ciekawy, momentami bardzo świadomy film. Ale absolutnie nie dla małego widza. Dziś naprawdę pilnuję tego, co ogląda moje dziecko. W moim domu nie ma horrorów. Nie ma też żadnych eksperymentów na dziecięcej wrażliwości. Bo wiem, jak to działa.

My, dorośli, lubimy idealizować przeszłość. Ale prawda jest taka, że nie wszystko, co oglądaliśmy jako dzieci, było dla nas dobre. "Bliskie spotkania z wesołym diabłem" to dla mnie najlepszy przykład. Bo czasem wystarczy jeden dźwięk i jedno wspomnienie, żeby poczuć dokładnie ten sam strach, co kiedyś.

Myślę, że ten film był przyczyną koszmarów wielu polskich dzieci na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Oglądaliście go?

Źródło: film.org.pl

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl