
Chcemy chronić dzieci przed wszystkim, ale nadopiekuńczość może je osłabić. Psycholożka Agnieszka Misiak ostrzega: brak wyzwań, porażek i trudnych emocji sprawia, że dzieci w dorosłości nie potrafią radzić sobie z problemami. Dowiedz się, jak wspierać rozwój bez krzywdzenia.
Wychowanie dzieci stało się dziś dużo ważniejszym zadaniem niż było dla pokolenia naszych rodziców. Wynika to z większej świadomości i wiedzy współczesnych matek i ojców – dużo więcej wiemy o tym, co wpływa pozytywnie i negatywnie na rozwój naszych dzieci, wiemy, jak lepiej je wspierać w kwestii emocji czy zdrowia psychicznego.
Niestety z tego samego powodu część rodziców wpadła w pułapkę nadopiekuńczości – tak bardzo chce zadbać o swoje dzieci (i często zapewnić im to, czego im samym w dzieciństwie brakowało), że zabiera im przestrzeń. Dziś dzieciom brakuje samodzielności, ale też wolności w podejmowaniu decyzji. Brakuje im przestrzeni na to, by doświadczać porażek, popełniać błędy, czuć trudne emocje.
Nadmierna troska, która odbiera przestrzeń do rozwoju
Rodzice chcą dziś tak zadbać o dzieci, by te nie doświadczyły niczego złego, krzywdzącego i trudnego. To z jednej strony dość naturalne, ale z drugiej – jeśli dziecko nigdy nie poczuje się niekomfortowo i nie doświadczy trudności, wejdzie w dorosłość bez pewnych podstawowych i kluczowych umiejętności.
Będzie mu trudno, bo porażki i niepowodzenia mogą okazać się dużo cięższe, jeśli wcześniej nie miało okazji zmierzyć się z mniejszymi trudnościami i nauczyć się, jak sobie z nimi radzić. Jak alarmuje polska szkoła przegrywa z nadopiekuńczością, dzieci uczą się dziś mechanizmu: dyskomfort → prośba → natychmiastowa ulga – zamiast budować wytrwałość i odporność.
Diagnoza psycholożki: dzieci, na które wszystko „spływa"
Świetnie o tym napisała ostatnio na swoim facebookowym koncie Agnieszka Misiak, psycholożka dziecięca. Opisała zjawisko, które zauważa u współczesnego pokolenia dzieci i młodzieży, które „mają na wszystko wywalone" i nie przejmują się zupełnie niczym.
„Wydaje nam się, że dzieci się nie przejmują tym, że ich ortografia jest beznadziejna, że bazgrolą nieczytelnie, że cała klasa śmiga ułamki dziesiętne, a one kruszą szkliwo na zwykłych, że inni dają radę jechać sami na kolonie. No spływa po nich, wzruszają ramionami. W wersji okołonastoletniej ostentacyjnie dodają jakiś komunikat typu 'wisi mi to i powiewa'.
Wydaje nam się wtedy, że należy im te braki, błędy i niedociągnięcia przypominać. Najlepiej w różnych konfiguracjach, żeby dotarło i zachęciło do zmiany. [...] I jak Ty ględzisz 'Jak chcesz z taką ortografią napisać egzamin ósmoklasisty. Ludzie. Jak ty napisałeś 'ktury''. Ty do dziewczyny pismem obrazkowym będziesz pisał. Obmyśl sobie robotę, w której nie trzeba umieć pisać' doprowadzasz do podobnego stanu.
Otóż Michałek myśli sobie 'I będę analfabetą. I za...ście. Se będę pisał pismem obrazkowym. Takim pismem zapisze adres domu starców, w którym będziesz mieszkać. No i będę pisał 'kdury' jak będę chciał'" – wymienia we wpisie Misiak.
Skąd się bierze bierność i brak sprawczości u dzieci
Dalej psycholożka zauważa, że ta uległość i brak poczucia sprawczości dzieci często mają swoje źródło w postawach dorosłych. Zdarza się, że to reakcja na sytuację, w której rodzice zawsze usuwali z ich drogi wszelkie trudności – dzieci nie musiały doświadczać trudnych emocji, mierzyć się z porażką ani podejmować wysiłku, by coś zmienić. W efekcie nic nie wywołuje w nich silniejszych reakcji, bo nigdy nie było takiej potrzeby.
Presja i porównywanie nie budują motywacji
Psycholożka pisze dalej: „Układ nerwowy dziecka reaguje na nacisk, presję, porównywanie i wytykanie podobnie jak układ nerwowy dorosłego. Zabetonowaniem, oporem, wycofaniem, obstawaniem przy swoim zdaniu – choćby nielogicznym. [...] Niestety te strategie nie uruchamiają fali motywacji i chęci do zmiany. Wręcz przeciwnie" – podsumowuje ekspertka.
Dodaje, że brak stawiania celów i wyzwań, a także chronienie przed porażkami i trudnymi emocjami, to najprostsza droga do tego, by dziecko, wchodząc w dorosłość, zupełnie nie umiało sobie poradzić z wyzwaniami. Rośnie pokolenie nieporadnych dzieci i sami jesteśmy temu winni – to nie jest teoria, to obserwacja, którą potwierdzają rodzice, nauczyciele i psychologowie w całym kraju.
Wyręczanie dziecka to nie miłość – to zabieranie mu szansy
Wielu rodziców działa z troski i miłości, ale nieświadomie wyrządza dziecku krzywdę. Wyręczanie dziecka to nie miłość, to nadopiekuńczość – kiedy stale robimy coś za nie, wysyłamy mu komunikat: „Nie poradzisz sobie sam". Dzieci, które były nadmiernie wyręczane, często jako dorośli mają problem z podejmowaniem decyzji i unikają wyzwań.
Konsekwencje nadopiekuńczości dla samodzielności dzieci
Psychologowie od lat podkreślają, że 8-latkowie nie umieją zawiązać sobie butów – i to nie jest przesada, lecz coraz częstszy obraz w polskich domach i szkołach. Bez pozwolenia dziecku na sprawczość i samodzielność nie zbuduje ono pewności siebie.
Na końcu warto więc zadać sobie pytanie: czy naprawdę pomagamy dzieciom, gdy usuwamy z ich życia każdą przeszkodę? Być może większym wsparciem jest pozwolenie im na błędy, frustrację i wysiłek – oczywiście przy naszej obecności i uważności. To właśnie w takich momentach buduje się odporność psychiczna dzieci, sprawczość i umiejętność radzenia sobie z trudnościami. A tego nie da się nauczyć „na skróty", bez doświadczenia.
