mama czyta z synem
Roszczeniowi rodzice są elementem, który najbardziej frustruje nauczycieli. fot. Vitaly Gariev/Pexels

Jeszcze niedawno myślałam, że największym problemem nauczycieli są uczniowie i system. Dziś, jako mama i osoba słuchająca historii różnych pedagożek, widzę coś innego. Coraz częściej to my, rodzice, stajemy się dla nich największym wyzwaniem.

REKLAMA

Nauczyciele mają dość roszczeniowych rodziców

Jeszcze kilka lat temu, kiedy nie miałam dzieci, rozmawiając z nauczycielami, słyszało się o kilku standardowych problemach zawodowych. Lista problemów w pracy była dość przewidywalna. Niskie zarobki, ogrom dokumentacji, przeładowane programy, trudni uczniowie. To wszystko oczywiście nadal istnieje i w dużej mierze jest powodem frustracji pedagogów.

Ale dziś coraz częściej, kiedy temat rozmawiam z jakimś nauczycielem, schodzi zwykle na to, że to rodzice są najtrudniejszym elementem zawodu. To oni najbardziej męczą nauczycieli i ja im się nie dziwię.

To nie jest wygodne do powiedzenia ani do usłyszenia. Sama jestem rodzicem i mam w swoim otoczeniu kilka przyjaciółek i koleżanek, które są pedagożkami, więc stoję trochę po obu stronach. Widzę jednak wyraźnie, jak bardzo zmieniła się relacja na linii szkoła-dom. Kiedyś nauczyciel i rodzic grali do jednej bramki. Dziś coraz częściej stoją naprzeciwko siebie.

Rodzic przychodzi na rozmowę z nauczycielem już z gotową tezą i wiem, że tak jest bo mnie samej też się zdarzało na tym łapać. Myślałam: "Moje dziecko ma rację. Moje dziecko jest niesprawiedliwie potraktowane. Moje dziecko na pewno nie zawiniło". W tym wszystkim najtrudniejsze jest to, że ta obrona zaczyna się jeszcze zanim padnie pełna wersja wydarzeń ze strony nauczyciela.

Moja przyjaciółka jest nauczycielem wspomagającym, który wcześniej pracował w przedszkolu, a obecnie w szkole. Podczas spotkań z nią słyszę dziesiątki historii, w których spotykała się z opryskliwością, roszczeniowością i brakiem chęci wysłuchania drugiej strony. I nie, to nie są sytuacje, w których zawsze zawinił nauczyciel. Czasami tak, za co zwykle chciał przeprosić, bo czuł skruchę, ale często jest wręcz przeciwnie.

Też nie jestem bez winy jako matka

Sama też kiedyś byłam po tej stronie. Pamiętam jedną sytuację z przedszkola mojego syna, która bardzo mnie nauczyła i dzięki której nabrałam pokory. Starszy syn miał wtedy trzy lata i dopiero zaczynał swoją przygodę w przedszkolu. Pewnego dnia wrócił do domu i powiedział, że pani na niego nakrzyczała, chociaż to nie on rozrabiał. Niby nic wielkiego, ale byłam wtedy bardzo przeczulona, że w nowym obcym środowisku ktoś zrobił mu przykrość, choć powinien pełnić rolę wsparcia i opiekuna.

Byłam gotowa iść do przedszkola z nastawieniem bojowym. W głowie miałam już scenariusz obrony mojego dziecka, które przecież w domu jest spokojne i grzeczne. Na szczęście najpierw, kiedy odbierałam syna z placówki, zapytałam nauczycielkę, jak wyglądała ta sytuacja.

Okazało się, że dzień był trudny dla całej grupy. Dzieci się nakręcały wzajemnie, przeszkadzały sobie podczas zajęć i ignorowały spokojne upomnienia wychowawczyni. W pewnym momencie pani po prostu je porozsadzała, żeby przerwać tę spiralę zachowań.

Mój syn poczuł się dotknięty i opowiedział swoją wersję, w której był poszkodowany, choć w wersji nauczycielki nie było nawet słowa o tym, że personalnie zwróciła mu uwagę. Wierzę mu do dziś, że było mu przykro. Ale wierzę też nauczycielce, bo widziałam nie raz, jak wygląda praca z grupą trzylatków. Ta sytuacja była dla mnie ważną lekcją.

Od tamtej pory staram się nie stawać automatycznie po żadnej ze stron. Najpierw rozmawiam z dzieckiem, potem z nauczycielem, jeśli jest taka potrzeba. Słucham, dopytuję, próbuję zrozumieć. Dopiero potem wyciągam wnioski.

Kiedy syn poszedł do szkoły, było mi już łatwiej zachować ten dystans. Wiem, że dzieci czasem boją się przyznać do błędu. Czasami też potrafią opowiadać historie w sposób bardzo dla siebie korzystny, co jest raczej naturalne.

Nie chodzi o to, żeby bezkrytycznie ufać nauczycielom i zawsze stawać po ich stronie. Chodzi o to, żeby nie zakładać z góry, że nasze dziecko jest bez winy, a nauczyciel działa przeciwko niemu.

Bo jeśli od początku ustawimy się w opozycji, to wszyscy będą w tym poszkodowani. Nauczyciel traci wsparcie rodziców, oni tracą obiektywizm, a dziecko dostaje sygnał, że zawsze ktoś je obroni, nawet jeśli zrobi coś nie tak. A przecież w tym wszystkim powinno chodzić o coś zupełnie innego: o współpracę.