
Pewna mama poszła do spowiedzi po kilku latach przerwy, bo jej dziecko szykuje się do komunii. Zamiast wsparcia usłyszała słowa, które wywołały w niej strach i poczucie winy. Ta historia pokazuje, jak łatwo można zniechęcić wiernych, którzy próbują wrócić do Kościoła.
Matka poszła do spowiedzi przed komunią dziecka
Zawsze wydawało mi się, że dla osób wierzących, Kościół jest taką bezpieczną przystanią, gdzie mogą pomyśleć, pomodlić się o przychylność, a jak trzeba to i zasięgnąć rady księży, którzy pozują na osoby wspierające wiernych. Teraz jednak mocno w to wątpię. Moja przyjaciółka poszła ostatnio do spowiedzi.
Nie była tam od kilku lat, ale uznała, że to dobry moment, żeby wrócić. Jej córka w maju przystępuje do Pierwszej Komunii Świętej, więc chciała się przygotować także duchowo. Wybrała czas rekolekcji wielkopostnych, bo wtedy w kościołach spowiada więcej księży i łatwiej skorzystać z sakramentu bez długiego czekania.
To nie była łatwa decyzja, szczególnie że od kilku lat jakoś jej z Kościołem było nie po drodze. Jak wiele matek, żyje w biegu. Praktycznie samodzielnie wychowuje trójkę dzieci (mąż pracuje za granicą), godzi obowiązki domowe z pracą i codziennymi sprawami, które nie zostawiają wiele przestrzeni na chwilę spokoju. Brak spowiedzi nie wynikał z lekceważenia wiary, tylko z życia, które czasem przytłacza.
Kiedy uklękła w konfesjonale, była zestresowana, ale też pełna nadziei. Przyznała mi później w rozmowie, że myślała, że jej chęć poprawy będzie raczej doceniona. Chciała zacząć od nowa, pomyślała, że chodzenie do kościoła pomoże jej się wyciszyć duchowo. Trafiła jednak na starszego księdza, który zamiast zrozumienia był bardzo radykalny.
Gdy powiedziała, że przez kilka lat nie była u spowiedzi z powodu natłoku obowiązków i macierzyństwa, usłyszała słowa, które ją zaskoczyły i zraniły. Ksiądz powiedział, że jeśli nie będzie chodziła do kościoła i do spowiedzi, to Bóg zabierze jej dzieci. Sama przyznała, że rozumie to w religijnym wymiarze, że jej rodzinę może spotkać choroba czy śmierć.
Zobacz także
Tak Kościół chce przekonać do siebie ludzi?!
Moja przyjaciółka wyszła z kościoła w milczeniu. Jak sama mi później opowiadała ze łzami w oczach, jeszcze na schodach przed budynkiem się rozpłakała. Czuła strach, niedowierzanie i ogromny smutek. Zamiast poczucia ulgi i duchowego wsparcia pojawiło się poczucie winy podszyte lękiem. A przecież spowiedź, jak mawia część księży, powinna być chwilą pojednania i nadziei.
Nie chcę oceniać całego Kościoła przez pryzmat tej jednej sytuacji. Wiem, że są księża, którzy potrafią słuchać, rozumieć i towarzyszyć ludziom w ich codziennych zmaganiach. Problem polega na tym, że takie historie jak ta zostają w człowieku na długo i mają realny wpływ na jego relację z wiarą. Nie zdziwię się, jeśli moja znajoma już więcej nie zdecyduje się iść do spowiedzi.
Coraz więcej osób odchodzi od Kościoła. Często nie dlatego, że przestają wierzyć, ale dlatego, że nie czują się w nim bezpiecznie. Słowa wypowiadane w konfesjonale mają ogromną moc. Mogą podnieść na duchu albo złamać. Mogą pomóc albo skutecznie zniechęcić na kolejne lata.
Moja przyjaciółka przyznała, że teraz będzie się długo zastanawiać, zanim znowu uklęknie przy konfesjonale. I trudno jej się dziwić. Ja na jej miejscu chyba bym już nigdy nawet nie przekroczyła progu kościoła.
Wiara i religia dla wielu osób nadal są przestrzenią, w której szuka się sensu, wsparcia i ukojenia. Tym bardziej boli, gdy zamiast tego pojawia się straszenie gniewem Boga i zesłaniem życiowych problemów. Dla kogoś, kto naprawdę mocno wierzy, takie słowa mogą pewnie wywołać mnóstwo skrajnych emocji. A ja jestem zdania, że wiara budowana na lęku nie daje siły, tylko odbiera odwagę. A przecież to właśnie nadzieja powinna być jej fundamentem.
